Po trudnym żeglarsko odcinku z huraganami na poziomie 9 w 12-stopniowej skali Beauforta, jacht Hayat z Moniką Witkowską na pokładzie dotarł w końcu do położonej na wschód od wybrzeży Ameryki Południowej i na północ od Antarktydy górzystej wyspy Południowa Georgia, będącej częścią Wielkiej Brytanii. "300 tysięcy pingwinów królewskich w jednym miejscu! Tak właśnie jest w Zatoce St Andrews. Hałas nieziemski, smród też, ale wrażenie niesamowite" - pisze w swojej relacji wybitna himalaistka i podróżniczka.
Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla video
Pingwiny na wyspie Południowa Georgia tworzą jedne z najbardziej spektakularnych kolonii lęgowych na świecie. Na kamienistych plażach i trawiastych stokach gromadzą się setki tysięcy osobników, głównie pingwinów królewskich, złotoczubych, białobrewych i maskowych.
Wyspa, oddalona od kontynentów i otoczona bogatymi w kryl i ryby wodami Oceanu Południowego, zapewnia im doskonałe warunki do żerowania. W sezonie lęgowym dorosłe ptaki odbywają długie wyprawy po pokarm, wracając, by nakarmić pisklęta czekające w dużych "żłobkach" w środku kolonii. Choć Południowa Georgia jest surowa, wietrzna i chłodna, dla pingwinów to prawdziwy raj - miejsce, gdzie mogą względnie bezpiecznie rozmnażać się z dala od większości lądowych drapieżników i gdzie morze niemal przez cały rok dostarcza im pożywienia.
"Południowa Georgia to obecnie wyspa bardzo ściśle chroniona. Ale jeszcze do lat 60-tych było tu wiele baz-fabryk wielorybniczych. Co roku przerabiano tu na tłuszcz (techniczny, jadalny, kosmetyczny) tysiące wielorybów. Dziś pozostałości baz to osobliwe "zabytki" do których w większości wstęp jest wzbroniony, chodzi o niebezpieczeństwo zawalenia się konstrukcji i groźny dla zdrowia azbest. Szczęśliwie wieloryby praktycznie już wrogów na tych akwenach nie mają" - pisze Witkowska.
Ostatnim miejscem odwiedzonym na Południowej Georgii, tak naprawdę już 2 dni temu, był Fjord Drygalskiego. Przed załogą jachtu Hayat dowodzoną przez kapitana Dariusza Krowiaka jakieś 900 mil (1670 km), co zajmie około 8-10 dni, a może dłużej, wszystko zależy od wiatru. Załoga kieruje się ku wybrzeżom Ameryki Południowej do Ushuaia na południu Argentyny, gdzie jacht na jakiś czas zostanie, a członkowie załogi wrócą do domów.
"Droga niby trochę krótsza, natomiast żeglarsko bardziej wymagająca, cały czas w Wyjących Pięćdziesiątkach i znowu w pobliżu mającej złą sławę Cieśniny Drake`a z Przylądkiem Horn (teraz jednak nie będziemy go już opływać" - dzieli się na swoim profilu na Facebooku Monika Witkowska.
Życzymy szczęśliwego powrotu.
Wyprawa ma także cel charytatywny, wspiera rodzinę z dwiema bardzo chorymi córkami. Zbiórka prowadzona jest na Pomagam.pl