Cały ten przetarg – jak to bywa przy przetargach okołowojennych - był jednym wielkim szwindlem najnormalniej w świecie. Polska, polscy politycy zostali w to wmanewrowani i nadzieje, które rozbudzano były płonne – mówi wydawca miesięcznika "Raport" Tomasz Hypki.

Tomasz Skory: Po prawie dwóch tygodniach badania sprawy przetargu na wyposażenie i uzbrojenie irackiej armii powinniśmy już chyba wiedzieć wszystko, ale tak nie jest. Co w tej sprawie robi pan Andrzej Ostrowski według pana?

Tomasz Hypki: Najciekawsze jest to, że większość informacji w tej sprawie pochodzi z prasy w tej chwili - właściwie z tych źródeł, z których powinniśmy otrzymywać, tego nie ma. Dzisiejsza publikacja „Rzeczpospolitej” po raz pierwszy pokazała dokumenty, które pokazywały tę rolę pana Ostrowskiego w tym przetargu, moim zdaniem najbardziej bliskie prawdy, biorąc pod uwagę to, ile razy pan Ostrowski zmieniał zdanie na temat swojej roli.

Prokuratura prowadzi postępowanie w sprawie firmy Ostrowski Arms, wchodzącej w skład holdingu, który wygrał przetarg na wyposażenie i uzbrojenie armii irackiej. Według mediów, firma nie ma zgody na międzynarodowy handel bronią. czytaj więcej

Tomasz Skory: Jeśli taka jest rola Andrzeja Ostrowskiego, to znaczy, że jest to rola kozła ofiarnego, no bo przecież podłożył się polskiemu prawu w sposób ewidentny – zaproponował konsorcjum Nour coś, do czego nie miał prawa.

Tomasz Hypki: Jest to dla mnie zaskakujące, ale tak to wygląda. Środowisko nie traktuje pana Ostrowskiego, nigdy nie traktowało, przesadnie poważnie. Bez urazy oczywiście, ale to zawsze był człowiek, który był na różnych spotkaniach, wciskał różne wizytówki, ale raczej niewiele się słyszało o tym, żeby robił jakieś poważne interesy.

Tomasz Skory: Czyli co? Mitoman, który padnie ofiarą swej własnej mitomanii?

Tomasz Hypki: Być może tak, być może nie, dlatego, że znane są jego kontakty ze światem arabskich biznesmenów (handlarzy – przyp. red) bronią. O tym wiadomo od lat 90. O interesach niewiele wiadomo, natomiast to, że te kontakty rzeczywiście miał - słynny, chyba największy handlarz bronią współczesnych czasów, z którym pan Ostrowski się spotykał i chwalił się zdjęciem itd. itd. Nieprzypadkowo zapewne to spotkanie miało miejsce.

Tomasz Skory: To wszystko jest zdumiewające. Pan wierzy, że polskie służby specjalne - wywiad, WSI, ABW – mogły nie wiedzieć, kim jest Andrzej Ostrowski, który występuje jako jeden z kontrahentów Noura?

Tomasz Hypki: To jest bardzo trudno powiedzieć. Moim zdaniem mogły wszystkie nie wiedzieć. Któraś z tych agencji powinna wiedzieć i moim zdaniem wiedziała, natomiast, która – nie powiem.

Tomasz Skory: A to była wiedza oparta na wyczuciu okazji do zrobienia interesu przez służby, czy też może oficerów, czy raczej – no cóż – może coś szczytnego, taki rezerwowy sposób na zabezpieczenie interesów Polski?

Tomasz Hypki: Trudno mi powiedzieć, ale proszę pamiętać, że materiały, do których dotarliśmy wskazują, że we wszystkich właściwie zwycięskich konsorcjach są przedsiębiorstwa polskie różne.

Tomasz Skory: To może to zabezpieczenie?

Tomasz Hypki: Nie, nie. Po prostu to jest okazja do zrobienia interesu. Rynek zbrojeniowy jest bardzo hermetyczny i nagle pojawia się zupełnie nowy odbiorca, taki, którego wcześniej nie było, zupełnie na innych zasadach itd. itd. Każdy szuka swego szczęścia po prostu.

Tomasz Skory: A tymczasem zwycięski Nour po dziwacznych reakcjach w Polsce skierował jednak zapytanie o możliwości realizacji zamówień przez Bumar. Według pana, to jest realne oczekiwanie współpracy, czy tylko coś, co ma uspokoić opinię publiczną w Polsce?

Tomasz Hypki: Według mnie jest to kompletnie nierealne zapytanie. Ja widziałem kopię tego zapytania u któregoś z dziennikarzy i to jest nieporozumienie. To jest bardzo luźne zapytanie czy może dostarczać Bumar jakieś karabiny, jakieś coś tam – nawet bez wyszczególnienia typów. Tu warto zauważyć jedną rzecz, że Bumar brał udział w zupełnie innym przetargu niż to konsorcjum, które wygrało, bo Bumar brał udział w przetargu, w którym trzeba było podać konkretne typy uzbrojeni i dane techniczne; zdjęcia, rysunki, różne cechy natomiast Nour w ogóle czegoś takiego nie podawał. To jest jakie totalne nieporozumienie. Myślę, że cały ten przetarg – jak to bywa przy przetargach okołowojennych - był jednym wielkim szwindlem najnormalniej w świecie. Polska, polscy politycy zostali w to wmanewrowani i nadzieje, które rozbudzano były płonne. Bardzo w sumie nieładnie.

Tomasz Skory: Jeśli szwindel – to szwindel amerykański, arabski, amerykańsko-arabski?

Tomasz Hypki: Wszystko wskazuje na to, że w konsorcjum Nour są zaangażowani bardzo ważni działacze arabscy z Bliskiego Wschodu i myślę, że może to być tak, że Amerykanie wykonali w stosunku do nich gest. Po co wybuchła wojna w Iraku? Po to, żeby uspokoić sytuację na dłuższą metę na Bliskim Wschodzie, żeby niebezpieczeństwa z tym związane zniknęły. I myślę, że poszukiwanie Arabów, którzy będą chcieli w jakiś sposób funkcjonować w tym układzie i zabezpieczać, gwarantować przyszłość jest jednym z głównych zadań amerykańskich. Trzeba ich jakoś finansować i robi się to w ten sposób.

Tomasz Skory: Czyli polski udział jest zarówno przy wojnie listkiem figowym jak i przy przetargach listkiem figowym, który kryje zupełnie inną grę interesów?

Tomasz Hypki: Chcę powiedzieć jedną rzecz, która jest cały czas mieszana w tym przetargu, że Bumar nie jest firmą handlową. Bumar jest w tej chwili dużym koncernem przemysłowym, grupującym 16 producentów różnego typu uzbrojenia i jego oferta musiała być zupełnie inna niż firmy handlowej, która szuka najtańszego uzbrojenia w Chinach, Bułgarii, Rumunii. To moim zdaniem jest rzecz, którą warto zauważyć, bo o ile oferta Nouru to było ponad 300 milionów to wszystkie pozostałe zaczynały się od grubo ponad 500 milionów a oferta Bumaru była w ogóle trzecia. Była skalkulowana zupełnie rozsądnie tylko z zupełnie innej pozycji i na zupełnie innym wsparciu politycznym. Jeżeli warunki przetargu zostały zmienione i o tym Polski nie powiadomiono to naprawdę nie było to w porządku. A to robili raczej Amerykanie.

Tomasz Skory: Wyślizgali nas. Dziękuję za rozmowę.

Fot. Marcin Wójcicki RMF