Czy na Facebooku obowiązują jakieś zasady? - pytają rozmówcy we wszelakich dyskusjach o savoir-vivrze. Istnieją, podobnie jak w życiu w tzw. realu. Na portalach społecznościowych rozgrywa się bowiem część naszej codzienności, której właściwą sceną dawniej były pokoje mieszkań, domów, ulica, kawiarnia czy tablica ogłoszeń na miejskim rynku. Na Facebooku czasem również warto ugryźć się w język albo raczej w palec, zanim na klawiaturze wystuka to i owo lub dwa razy zastanowić, czy udostępnienie lub “polubienie” czegoś będzie właściwe. Dziś jednak chciałbym skupić się na odpowiedzi na pytanie, które postawiła mi jedna z czytelniczek mojego bloga: “Czego nie publikować na Facebooku?”.

Savoir-vivre: Czego nie publikować na Facebooku? /PAP/DPA/Julian Stratenschulte /PAP/EPA

Opinii wulgarnych i takich, które mogą dotknąć innych ludzi. Czy trzeba coś jeszcze dodawać? “Innych ludzi", czyli również tych wszystkich osób, które na pozór żyją z dala od nas i których nie spotykamy na co dzień, a więc polityków, aktorów, piosenkarzy, ludzi znanych. Oni też mają emocje, też czasem trafiają na jakieś opinie na własny temat i też bywa im przykro. Jeśli z kimś się nie zgadzasz - napisz to. Ale powiedz to w sposób kulturalny, taktowny i nieodbiegający od dobrego smaku. Naprawdę tak się da. To, o czym mowa w tym punkcie dotyczy również komentarzy pod postami innych osób.

Dowodów emocjonalnego ekshibicjonizmu. “Muszę wam wyznać..." - tak zazwyczaj zaczynają się te posty. Jedne pełne wzniosłych przemyśleń o życiu, inne opowiadające o dramatycznych przeżyciach: zdradach, zawodach miłosnych, zerwanych przyjaźniach, nieprzyjemnościach w pracy. Cóż, nikt nie wątpi, że każda z poruszanych w tych postach spraw jest ważna i że nie powinno się przechodzić obok niej obojętnie. Tyle, że na takim Facebooku przepływa się nad nią w dwie, trzy sekundy, łagodnym ruchem myszki... Lepiej takie tematy poruszać w gronie sprawdzonych słuchaczy.

Plotek z życia zawodowego. Wracasz z nieudanego spotkania albo rozmowy kwalifikacyjnej, na której ci nie poszło i pierwsze, co robisz, to opisujesz całe zajście na portalu społecznościowym. Prawdopodobieństwo, że na ten wpis trafi osoba, którą opisałaś może nie jest największe, ale jeśli takie wpisy będą należeć do twojego stałego repertuaru, to wkrótce zyskasz opinię osoby, której nie można zaufać. Tymczasem dyskrecja w sprawach zawodowych to podstawa. Lepiej więc pewne sprawy przemilczeć.

Łańcuszków. Każdy z nas ma na Facebooku znajomych, którzy co rusz publikują mniej lub bardziej drastyczne zdjęcia chorych dzieci lub pokrzywdzonych zwierząt z dramatycznymi apelami o pomoc. Zastanawiam się, czy to “przeklejanie" lub “udostępnianie" podobnych postów dzieje się rozmyślnie, czy też już raczej z automatu... Nie mam wątpliwości, co do szczerości intencji wielu osób, które takie wpisy udostępniają na swoich profilach. Co do sensu takiego karabinowego postowania - tak.

Zdjęć USG ciąży. To, że para spodziewa się dziecka to wieść wspaniała. Ale zapytajmy podobnie, jak wyżej: czy musi o tym od razu wiedzieć cała wieś, czy też wystarczy grono rodziny, przyjaciół i bliskich znajomych? Zdjęć USG z ciążą proponuję nie publikować z jeszcze jednego powodu. Części ciąż nie udaje się donosić, podobnie jak później nie udaje się uniknąć pytań o to, “kiedy rozwiązanie". Każde z nich to niepotrzebne przeżywanie traumy poronienia na nowo. Lepiej więc z dobrymi nowinami się wstrzymać. Jest i jeszcze jeden powód. Zdjęcia USG to jednak zdjęcia wnętrza brzucha... (Patrz kolejny punkt).

Zdjęć ran, złamań, otarć szwów. Niektórzy przeglądają Facebooka przy śniadaniu, jak dawniej przeglądało się dzienniki. Otwarte złamanie pomiędzy jajkiem na miękko a tostem z masłem nie wpływa dobrze na trawienie. Jeśli w tej fotograficznej opowieści o naszej fizjologii zabrniemy za daleko, to już wkrótce zaczniemy publikować... No właśnie.

Zdjęć noworodków i ich mam w 15 minut po porodzie. Dlaczegóż to znowu? Noworodki bywają wtedy wymiętolone, pomarszczone, zaczerwienione, skrzywione, co tu dużo gadać - brzydkie, a mamy - umęczone, ledwie żywe i... bez makijażu, bez którego fotografują się raczej niechętnie. Drodzy tatusiowie, lepiej więc odczekać dwa, trzy dni aż wszyscy dojdą do siebie. Taka kwarantanna wyjdzie wam na dobre, jeśli zechcecie się postarać o to, by wasze oczy na wspólnym selfie nie były zbyt przekrwione...

Zdjęć przedstawiających to, co właśnie sobie kupiłeś. “Moje nowe auto", “nasz nowy zestaw wypoczynkowy", “nowy komputer". Mówienie i pisanie o nabytych drogich rzeczach jest dość... tanie. Poza tym niczym się nie różni od zwykłego szpanerstwa.

Zdjęć jedzenia. Dobrze... Jeśli to zdjęcie kolacji, którą przygotował ci mąż z okazji waszej rocznicy - w porządku. Ale jeżeli to zdjęcie każdego posiłku, który pochłaniasz - wiedz, że coś się dzieje. No chyba, że prowadzisz blog kulinarny...

Zdjęć z wakacji przedstawiających nas na... balkonie albo w hotelowej łazience. Jeśli już czymś się dzielić ze znajomymi, to raczej widokami, o które trudniej w miejscu zamieszkania. Kiedyś taką rolę pełniła pocztówka, którą wysyłało się z wczasów albo koloni. Dziś lukę po niej może uzupełnić fotka gór i dolin albo zachodu słońca nad morzem. Łazienki i balkony na ogół są takie same w Zakopanem, Władysławowie i Hurgadzie...

Selfie w łazienkowym lustrze, w którym odbija się jeszcze parę innych rzeczy. Pół biedy, jeśli to zwyczajny nieporządek. Gorzej, jeśli autor zdjęcia nie zna jeszcze jednej zasady savoir-vivre’u, która mówi, że w łazience należy zamykać to i tamto, i na zdjęciu widać o jeden szczegół z naszej szarej codzienności za dużo...

Nie oznaczaj innych bez ich zgody. Po pierwsze, zwyczajnie mogą sobie tego nie życzyć. Po drugie, wspólne zakupy czy wypad na kawę może się odbywać akurat w dzień, w którym twój znajomy wziął w pracy zwolnienie lekarskie. Jeśli wasze roześmiane buzie na słodkim selfie zobaczy jego szef - nie będzie miał powodów do radości.

Czego jeszcze, Państwa zdaniem, lepiej nie publikować na Facebooku ze względu na dobry smak, takt, grzeczność, dobre wychowanie?