O rocznicy wkroczenia Armii Czerwonej na wschodnie ziemie II Rzeczypospolitej 17 września 1939 roku można pisać w tonie patetycznym, martyrologicznym, dramatycznym. Czytaliśmy już wiele takich relacji, czas zaprezentować więc obrazek niby humorystyczny, ale w swej istocie prawdziwie tragiczny.

Rodzina mojej mamy mieszkała przed II wojną światową w małej miejscowości na Kresach i przechowała z jesieni 1939 roku różne wspomnienia. Chcę przytoczyć jedno z nich, które wydaje się całkiem niegroźne, utkwiło jednak na zawsze w pamięci nie tylko moich krewnych, ale także wszystkich świadków tego wydarzenia, jakiego byli świadkami w październiku owego tragicznego roku.

Być może młodsi czytelnicy tego tekstu nie wiedzą, jakim szacunkiem cieszył się w międzywojennym XX-leciu polski oficer i jak prezentował się w miejscach publicznych. Zawsze w starannie wyprasowanym wyjściowym mundurze, imponujący nienagannymi manierami, szarmancki wobec kobiet, emanujący elegancją i siłą. Nie wolno mu było nieść żadnych pakunków, pchać wózka z dzieckiem, a wyższe szarże nie znały takiego środka komunikacji jak tramwaj czy autobus miejski.
    
Proszę więc sobie wyobrazić, co przeżyli obywatele kresowego miasteczka, kiedy w pogodny, ciepły, słoneczny, jesienny dzień ujrzeli kroczącego główną ulicą sowieckiego oficera w zabłoconych butach, wymiętym mundurze, przekrzywionej furażerce, bez pasa, który przewiesił sobie przez ramię spory połeć słoniny i szedł zawadiackim krokiem, gwiżdżąc jakąś skoczną, wojskową melodię.

Polacy wiedzieli, oczywiście, że przybysze ze Wschodu prezentują zupełnie odmienny styl życia od tego, jaki panował w II RP. Zdawali sobie sprawę, że krasnoarmiejcy są prawdziwymi barbarzyńcami, moralnymi troglodytami i ludźmi wyzbytymi elementarnych zasad kultury, których należy się bać i schodzić im z drogi.

Do tej pory była to jednak dla nich wiedza znana wyłącznie z książek, gazet i ustnych przekazów, a więc czysto teoretyczna. Dopiero patrząc na sowieckiego "starszinę" z zakupioną gdzieś lub ukradzioną słoniną na ramieniu zrozumieli, że oto na długo skończył się dla nich czas obowiązywania podstawowych norm obyczajowych, do których przywykli w niepodległej Polsce.
    
Jeżeli oficer okupacyjnej armii zachowuje się w taki sposób w publicznym miejscu, to czegóż można się spodziewać po jego podwładnych i po przedstawicielach obejmującej władzę na zagrabionych polskich ziemiach administracji? - pytali jedni drugich ze strachem w oczach i w głosie.
    
Ilekroć ktoś stara się dzisiaj odmalować grozę, jaka zapanowała na Kresach II Rzeczypospolitej po wkroczeniu na nie 74 lata temu Sowietów, poszukując najbardziej drastycznych, krwawych i budzących lęk przykładów, tylekroć staje mi przed oczami ten z pozoru niewinny obrazek.

Jerzy Bukowski, filozof, piłsudczyk, harcerz, publicysta, rzecznik Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie, przewodniczący Komitetu Opieki nad Kopcem Józefa Piłsudskiego w Krakowie.