Indianie nie znali pojęcia "Infrastruktura". Nadawane przez nich imiona opisywały po prostu rzeczywiste cechy tego, co nazywały. Indianie nie mieliby kłopotu z nazwaniem resortu, w którym tylko naiwni oczekują jeszcze oparcia.
Indiański przekład nazwy resortu Cezarego Grabarczyka na "Ministerstwo Bezczynności" po pierwsze znajduje oparcie w faktach, o których wielokrotnie pisaliśmy; ignorowanie sygnałów o stanie dróg, unikanie choćby słowa komentarza na temat tego, jak stan dróg widzą ich użytkownicy, żałosne ucieczki ministra przed mikrofonem i kamerą, wciskanie ciemnoty i wypieranie się tego, że rozwiązanie problemów motocyklistów zależy tylko od kiwnięcia palcem samego ministra itd.
Po drugie zaś hasło "Ministerstwo Bezczynności" wymaga rozszerzenia, bo nie do końca opisuje całość zjawiska. Można byłoby dorzucić "Bezsilności i Ściemy" albo "Kpiny z Kierowców", "Robienia Dobrze Koncesjonariuszom", "Przemilczania Problemów" i tak dalej. Pełne indiańskie imię Ministra Infrastruktury miałoby pewnie ładnych parę linijek tekstu, i nie byłby to tekst, który da się czytać spokojnie i bez narastającej irytacji.
Jeśli władze Jaworzna od trzech miesięcy, codziennie piszą do Cezarego Grabarczyka pismo z prośbą o coś, to można się spodziewać, co ludzie ministra z tymi pismami robią. Dokładnie to samo, co z grubo ponad setką maili, kierowanych do resortu przez kierowców, opisujących największe dziury na polskich drogach. Jeśli w wypadku maili założyli w programie pocztowym folder, gdzie je gromadzą (o czym pisałem w komentarzu "Co dalej? Nic dalej..."), to w wypadku korespondencji tradycyjnej od włądz Jaworzna mają już pewnie półkę, na której gromadzą te pisma. A że nie zamierzają z nimi nic kompletnie zrobić - jest oczywiste z definicji.
Indiańskiej definicji - "Ministerstwo Bezczynności".