Z potężnym zakłopotaniem przyglądam się propozycjom kompromisowego wyjścia z problemów, w jakich znalazł się Trybunał Konstytucyjny. Zmieszanie jest tym większe, że autorem najbardziej jak dotąd osobliwej z nich jest Prezes Trybunału. Prof. Andrzej Rzepliński proponuje ni mniej ni więcej tylko stworzenie składziku z sędziami Trybunału, z którego przez najbliższy rok będzie się dobierać sędziów wg potrzeb...

Siedziba TK w Warszawie /Rafał Guz /PAP

Po raz pierwszy ten nietuzinkowy pomysł Prezes TK przedstawił 12 stycznia na konferencji prasowej. Koncepcja zakrawała jednak na luźno improwizowany, typowo publicystyczny pomysł, najłagodniej mówiąc odklejony nieco od ścisłych wymogów prawa. Dziś Andrzej Rzepliński wrócił do swojej koncepcji, przedstawiając ją w wywiadzie prasowym. Najwyraźniej więc nie chodzi o doraźną swobodną improwizację na konferencji, a o coś więcej. Warto się temu zatem przyjrzeć.

Magazyn z sędziami

Propozycja padła w dniu, w którym Andrzej Rzepliński ogłosił, że zaakceptował wybór przez obecny Sejm sędziów Przyłębskiej i Pszczółkowskiego (co stanowiło o uzupełnieniu zestawu niekwestionowanych przez nikogo sędziów Trybunału do liczby 12). Sprowadzała się do stwierdzenia, że skoro do liczącego wg Konstytucji 15 członków Trybunału poza 12 niekwestionowanymi już sędziami, wybrano jeszcze sześciu, to wybór ten należy usankcjonować przez stopniowe włączanie ich do składu orzekającego TK. Miałoby do tego dochodzić w miarę zwalniania się w nim miejsc, co wiąże się z upływaniem kolejnych kadencji. Najbliższe "okienka transferowe" przypadają 27 kwietnia, kiedy kończy pracę w TK prof. Mirosław Granat, 19 grudnia, kiedy odchodzi sam Andrzej Rzepliński oraz 26 czerwca 2017, kiedy kończy kadencję prof. Stanisław Biernat.

Sześciu gniewnych ludzi

Na rozpoczęcie urzędowania czeka dziś zarówno trójka sędziów, wybranych przez poprzedni skład Sejmu w październiku, jak trzech wybranych w grudniu przez obecną kadencję Sejmu. Ci drudzy kilka godzin po wyborze złożyli ślubowania przed Prezydentem i jedyny powód, dla którego Prezes Rzepliński nie powierza im orzekania to w gruncie rzeczy fakt, że wybrano ich na miejsca już zajęte - przez sędziów wybranych w październiku. Od sędziów październikowych zaś Prezydent Duda ślubowania mimo pism Prezesa TK nie odebrał, choćby więc bardzo Andrzej Rzepliński chciał - powierzyć im orzekania nie może.

Deal trzech naraz za trzech na raty

Prezes TK zaproponował więc prostą formułę: uzna trójkę sędziów z grudnia, jeśli Prezydent zaprzysięgnie, a tym samym umożliwi wprowadzanie w kolejno zwalniające się miejsca sędziów wybranych w październiku. Jednego zatem 27 kwietnia, drugiego 19 grudnia, a trzeciego w czerwcu przyszłego roku. Na pierwszy rzut oka propozycja wydaje się rozsądna. Na kolejne jednak i po zastanowieniu się nad nią mnożą się wątpliwości, zarówno natury ściśle prawnej, jak ustrojowej.

Niedorzeczności formalne

Każdy z sędziów TK wybierany jest indywidualnie, na ściśle określone miejsce i czas. Uznane przez Trybunał za zgodne z prawem uchwały Sejmu o powołaniu sędziów TK w październiku mówią wyraźnie o rozpoczęciu kadencji 7 listopada 2015 roku, nie o terminach późniejszych. Sędziowie wybrani w październiku winni więc być uznani za sędziów 7 listopada. Do ich powołania w kadencji opisanej innymi terminami potrzebny byłby ponowny wybór, potwierdzony opublikowaną w Monitorze Polskim uchwałą Sejmu podobną do poniższej:

Niedorzeczność formalną proponowanego przez Prezesa TK rozwiązania podkreśla też fakt, że Andrzej Rzepliński gotów jest uznać trójkę sędziów z grudnia, mimo, że dotąd twierdził, że to niedopuszczalne, bo wybrano ich na miejsca zajęte już od 7 listopada. Warto byłoby się zdecydować, co zdaniem Prezesa jest, a co nie jest niedopuszczalne...

Co więcej, skorzystanie z pomysłu Prezesa TK wywołałoby stan, w którym dotąd uznawani przez TK za powołanych nieskutecznie sędziowie z grudnia objęliby miejsca nie tylko już zajęte, ale też zrobiliby to wcześniej od sędziów, wybranych wg Trybunału bezspornie i parę miesięcy wcześniej. Ci zaś musieliby czekać, przy czym nie bardzo wiadomo kto i w którym z "okienek transferowych" miałby wchodzić do Trybunału.

Nie mówiąc o tym, że nikt właściwie nie ma pojęcia kto i na jakiej podstawie miałby o tym decydować. Przypisywanie dziś przez Andrzeja Rzeplińskiego w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" mocy decydowania, czy działoby się to w kolejności alfabetycznej, czy może wg wieku Prezydentowi wydaje się przy tym wręcz groteskowo autoironiczną kpiną z własnego pomysłu...

Ustrojowa wolnoamerykanka trybunalska

Nie mniej istotne od formalnych są wobec pomysłu Andrzeja Rzeplińskiego zastrzeżenia natury fundamentalnej. Mówiąc najprościej - nie jest rolą Trybunału ani jego Prezesa poszukiwanie czy wskazywanie władzy ustawodawczej czy wykonawczej kompromisów ze sobą samym. Trybunał ma orzekać o zgodności praw go rzędu z Konstytucją, i tyle. Trybunał ma przy tym wyraźnie opisane kompetencje, i nie ma wśród nich składania propozycji kogo, w jakim terminie i w zamian za co uzna za sędziego, który może orzekać. Nie ma określania ad hoc, kto ma orzec kiedy mogą się zacząć które kadencje, ani kto z wybranych tego samego dnia na ten sam okres sędziów zacznie orzekać w kwietniu tego, a kto dopiero w czerwcu przyszłego roku.

Na dobrą sprawę nie ma też w Konstytucji ani słowa o przedstawianiu propozycji ustrojowych w istocie zmian na konferencjach czy w wywiadach prasowych, nie mówiąc już o opieraniu ich na targu "jeśli Prezydent zrobi to, to ja zrobię tamto".

Mówiąc najoględniej prof. Andrzej Rzepliński nieco wykroczył poza tak często przed Trybunałem Konstytucyjnym przywoływany art. 7 Konstytucji: Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa.