Zgłoszony wczoraj do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o stwierdzenie nieważności wyboru I Prezes Sądu Najwyższego budzi potężne wątpliwości prawne. Nie chodzi bowiem tylko o osobę prof. Małgorzaty Gersdorf, ale legalność wyboru wszystkich sędziów Sądu Najwyższego od 2003 i wszystkie wydane od tego czasu wyroki SN. Między innymi dotyczące ważności wszystkich wyborów ostatnich 14 lat.

Arkadiusz Mularczyk /Marcin Obara /PAP

Zarzuty PiS

Wnioskodawcy, reprezentowani przez Arkadiusza Mularczyka, podnieśli cztery zarzuty, oparte głównie na kilku dość dyskusyjnych twierdzeniach. Wśród nich wybija się ten, że wybierające kandydatów na I prezesa SN Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN nie uczyniło tego uchwałą, a zdecydowało o ich przedstawieniu prezydentowi na podstawie regulaminu, a więc aktu wewnętrznego.

Sęk w tym, że po pierwsze takie właśnie rozwiązanie wprost wynika z ustawy o Sądzie Najwyższym, która w art. 16 przyznaje zgromadzeniu kompetencję stworzenia regulaminu i przeprowadzenia wyboru I Prezesa. Sam regulamin wyboru został uchwalony w kwietniu 2003 i ponieważ ani Konstytucja, ani ustawa o SN nie wymagają podejmowania w tej sprawie uchwały, po zmianach w 2004 mówi on jedynie, że przewodniczący zgromadzenia "przedstawia niezwłocznie prezydentowi wyniki wyboru" ze wskazaniem liczby głosów, uzyskanych przez kandydatów w poszczególnych głosowaniach.

Po drugie zaś, jeśli wnioskodawcy kwestionują stosowanie takiej procedury, to żeby nie popadać w schizofrenię, należy kwestionować każde jej użycie, od roku 2003 począwszy. To zaś oznacza, że wszyscy I Prezesi Sądu Najwyższego co najmniej od 2004 wybrani byli w sposób wadliwy, i - jak piszą we wniosku autorzy - "akty dokonane na podstawie kwestionowanych przepisów i aktów prawnych nie wywołują skutków prawnych".

Kataklizm prawny

Przyjęcie punktu widzenia wnioskodawców nieuchronnie też oznacza, że wszystkie decyzje Sądu Najwyższego kierowanego przez prezesów wybranych po 2003 roku bez potwierdzenia tego uchwałą są nieważne. W tym np. orzeczenia o ważności wszystkich wyborów, jakie się w tym czasie odbyły.

Co więcej, uważna lektura dokumentów Sądu Najwyższego, który w niemal dokładnie taki sam sposób, w oparciu o regulaminy z 2003, podejmuje szereg innych decyzji, pozwoli zakwestionować także powoływanie wskazywanych przez SN członków Krajowej Rady Sądownictwa oraz... wszystkich sędziów Sądu Najwyższego.

Rozszerzając w całkiem uzasadniony sposób rozumowanie wnioskodawców, można więc podważyć wszystkie decyzje nie tylko SN pod kierownictwem prof. Małgorzaty Gersdorf, ale też Krajowej Rady Sądownictwa i właściwie każdy wyrok Sądu Najwyższego od kwietnia 2003 roku.

Czemu tylko prof. Gersdorf?

To największa niekonsekwencja i wpadka wnioskodawców. Nie wyjaśniając dlaczego autorzy wniosku ograniczają się do kwestionowania tylko wyboru urzędującej dziś I Prezes. Pytany o to pos. Mularczyk użył dziwacznego określenia "dotychczas ten problem nie funkcjonował".

Odkładając na bok osobliwość tego zwrotu warto zwrócić uwagę, że do wyboru prof. Gersdorf w 2014 problem jak najbardziej "funkcjonował", bo przez kilkanaście lat w SN działano w oparciu o te same przepisy, tyle tylko, że wnioskodawcom to nie przeszkadzało.

Mularczyk jak Ziobro, SN jak TK

Nagłe odkrycie rzekomej wadliwości wyborów, dokonywanych w Sądzie Najwyższym, kiedy tylko dotyczy to osób krytycznych wobec PiS, daje się porównać jedynie z nagłym odkryciem przez Zbigniewa Ziobrę także rzekomych wad wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego w 2010. Sędziowie Rymar, Zubik i Tuleja, choć wybrani w sposób taki sam, jak wielokrotnie ich poprzednicy, dziś wyłączani są z orzekania w TK, a skutkiem ew. uznania wniosku Ziobry może być nieco tylko mniejszy kataklizm niż w wypadku sędziów SN - unieważnienie ponad tysiąca wyroków i decyzji, w których podejmowaniu brali udział.

Kolejne absurdy wniosku

Fakt, że od 2003 do 2017 nikt nie zgłaszał zastrzeżeń do stanu, którego rzekomą bezprawność "odkryli" właśnie posłowie PiS (sprawujący też władzę w latach 2005-2007) to drobiazg w porównaniu z bardziej ogólną naturą ich zarzutów.

Oto bowiem Trybunał Konstytucyjny miałby badać uchwałę Sądu Najwyższego, wg samych wnioskodawców stanowiącą akt wewnętrzny. Ci sami wnioskodawcy możliwości badania takich aktów przez TK w innych sytuacjach nie dopuszczają (np. w sprawie uchwał Sejmu).

Oto posłowie, zatem przedstawiciele ustawodawcy, we wniosku którego konsekwencje mają dotknąć Sądu Najwyższego, piszą, że pierwszym problemem konstytucyjnym jest to, że przyznając Zgromadzeniu Ogólnemu Sędziów SN uprawnienia, związane z wyborem prezesa - sam ustawodawca naruszył konstytucyjną zasadę, że zagadnienie to powinna regulować ustawa. Zawinił zatem ustawodawca, który przez kilkanaście lat tolerował zło, a konsekwencje tego ma ponieść SN, który się do jego decyzji stosował!

Oto na dodatek posłowie domagają się w sprawie wyboru kandydatów na prezesa SN uchwały, choć w ustawie tego wymogu nie wpisali. A to nie Sąd Najwyższy ustawy uchwala, tylko oni właśnie, posłowie.

Oto przypadkiem są to ci sami posłowie, którzy w sprawie wyboru prezesa Trybunału Konstytucyjnego wymóg potwierdzenia tego wyboru uchwałą Zgromadzenia Ogólnego sędziów TK do ustawy wpisali, ale nie przeszkadza im, że w wypadku prezes Julii Przyłębskiej uchwały takiej nie ma...

(mpw)