Nie mam pojęcia, czy za rezygnacją szefa polskiej policji stoją prowokatorzy, prokuratorzy czy tylko jego własne zmagania z przeszłością. Szef policji dużego kraju, składający dymisję dlatego, że dzwonili do niego dziennikarze i mówili, że ktoś go nie lubi i coś przeciw niemu knuje - zwyczajnie nie mieści mi się w głowie. Nie tylko on zresztą.

Ustępujący Komendat Główny Policji, insp. Zbigniew Maj podczas konferencji prasowej w Komendzie Głównej Policji w Warszawie /Jakub Kamiński /PAP

Komendant pękł?!

Sytuacja jest niebywała przynajmniej na kilku płaszczyznach. Szef stutysięcznej, zbrojnej formacji powołanej do zwalczania przestępczości - łamie się psychicznie już po paru tygodniach pracy. Jak nie przymierzając niedoszły szef holdingu obronnego, który nie wytrzymuje doby krytyki swojej nominacji, chociaż wcześniej wytrzymywał wielotygodniowe kpiny z powodów obyczajowo-rodzinnych, a potem wielomiesięczne tzw. grillowanie w związku z aferą madrycką... Tak to dziwne, że nie kupuję tego kompletnie. Albo najwyższe stopnie w policji zajmują twardziele, albo wrażliwe i panikujące z byle powodu pensjonarki. Dodajmy, że tylko jedna z tych opcji jest odpowiedzią poprawną.

Jaka jest właściwa wersja?

Zagadkowy splot powodów, jakie podano publicznie przy wyjaśnianiu sprawy niestety nie trzymają standardu odpowiedzi logicznie poprawnej, a z punktu widzenia obywatela - satysfakcjonującej. Odmawiam kupowania opisu, w którym zwierzchnik komendanta - minister, powołuje na to stanowisko człowieka, mogącego mieć coś za uszami. Niezależnie od tego, czy te ewentualne grzeszki to prawda, czy insynuacje jakiegoś sfrustrowanego szpicla - minister to wiedzieć musi.

Dla równowagi odmawiam też zaakceptowania sytuacji, w której szef MSWiA o ewentualnych zastrzeżeniach wobec postawy komendanta nie wie. I jedno i drugie kompromituje. I każe się zastanowić, czy aby na pewno oba te urzędy obsadzono w sposób, zapewniający obywatelom bezpieczeństwo.

Wersje poprawne i niepoprawne

Albo jest tak, że komendant wszystkie zastrzeżenia wyjaśnił, a co za tym idzie jego świadom tego przełożony udziela mu wsparcia w sytuacji, kiedy ktoś usiłuje na komendanta naciskać - co nawet w sytuacji honorowego złożenia dymisji oznacza jej nieprzyjęcie, albo... no właśnie:

Albo minister nie miał pojęcia o wstydliwych aspektach wcześniejszej służby komendanta - co powinno się skończyć nie tyle samodzielnym złożeniem dymisji, co zwyczajnie odwołaniem komendanta przez ministra natychmiast po ich ujawnieniu. Warto przy tym zauważyć, że i ministrowi, który kogoś takiego na najwyższe w policji stanowisko powołał - ten stan dobrej opinii raczej nie wystawia...

Obaj panowie wybrali wyjście najdziwaczniejsze: komendant zapewnił, że nie ma na sumieniu nic złego, a sprawy wątpliwe już wyjaśniono, a minister - niejako obok takiego obrazu sprawy - wywołaną tym dymisję przyjął. Właśnie;

Co właściwie wywołało dymisję?

Słusznie spyta ktoś kupujący tę narrację. Właśnie na to odpowiedź nieodmiennie zdumiewa; informacje od dziennikarzy, że wokół komendanta powietrze przestaje być świeże.

Mówiąc wprost: szef policji dużego, europejskiego kraju nie ze swoich źródeł osobowych, śledczych, oficjalnych mniej lub bardziej, ale od dziennikarzy dowiaduje się, że ma wrogów! I z tego powodu, mimo że jak sam twierdzi - jest czysty jak łza - składa dymisję.

A równie nieustraszony szef MSWiA tę sprowokowaną nieoficjalnymi doniesieniami dymisję przyjmuje.

Nie mówcie mi, proszę, że to normalne.

Jeśli jest tak, jak obaj mówią - to źle. A jeśli jest inaczej, to ktoś tu kłamie.

A to też źle, bo mowa o osobach, kierujących stutysięcznym korpusem funkcjonariuszy, od których zależy nasze bezpieczeństwo.