Obserwatorom wzmożenia związanego z wymianą listów między Prezydentem a szefem MON emocje przesłaniają fakty. Fakty polegają zaś na... samym wzmożeniu - emocji, uwagi i koncentracji. Niestety skierowanym na rzecz po pierwsze odległą od istoty problemów z obronnością, a po drugie - już zapewne rozstrzygniętą.

Andrzej Duda i Antoni Macierewicz (zdj. arch.) /PAP/Jacek Turczyk /PAP

Zwierzchnik Sił Zbrojnych skierował do Ministra Obrony Narodowej listy z pytaniami o powody niewyznaczenia od wielu miesięcy attaché wojskowych w kilku krajach i o stan przygotowań do uruchomienia w czerwcu ustalonego na szczycie NATO Dowództwa Wielonarodowej Dywizji w Elblągu. Minister natychmiast odpisał, że attachées zostali już wyznaczeni, a przygotowania do ustanowienia dowództwa w Elblągu idą zgodnie z planem.

Tu kończy się rzeczywistość opisana korespondencją, a zaczyna materia, będąca skrzyżowaniem polityki, publicystyki, niewiedzy, specjalistycznych i merytorycznych interpretacji oraz wróżbiarstwa.

Wojskowo

Jeżeli Prezydent i Minister Obrony Narodowej przechodzą na poziom korespondencji to znak, że nie mogą się porozumieć w normalnych kontaktach - tak wymianę listów między Andrzejem Dudą i Antonim Macierewiczem skomentował były dowódca GROM i p.o. szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Roman Polko. Z jego perspektywy obieg korespondencji załatwia, ale tylko sprawę ataszatów. Zdaniem generała choć istotną - wcale dziś nie kluczową dla obronności. Roman Polko zwraca uwagę nie na to, o co Prezydent pyta, ale na to, o co nie pyta - choć zdaniem generała powinien.

W tym liście nie ma nawet słowa o tym, że odchodzi kluczowa kadra dowódcza, o tym co naprawdę uderza w polską armię i w morale żołnierzy. Nie ma tam też słowa o jakimś tam "parasolkowaniu", Misiewiczu i jakichś bezprawnych meldunkach - wylicza.

Zdaniem generała wymiana listów zamiast rozmowy Prezydenta czy szefa BBN z ministrem Macierewiczem świadczy o tym, że ich kontakty nie układają się tak, jak powinny.

Politycznie


Według byłego ministra obrony Bogdana Klicha pytając o nieobsadzone ataszaty wojskowe Prezydent Duda próbował pokazać, że jest zwierzchnikiem sił zbrojnych. To mu się jednak nie udało, bo - jak mówił - szef MON swoją odpowiedzią wysłał Prezydenta na narty. Zdaniem Klicha Macierewicz okazał głowie państwa wyraźne lekceważenie, polegające przede wszystkim na wykazaniu, że według prawa Zwierzchnik Sił Zbrojnych, Prezydent tak naprawdę nie ma pojęcia o tym, co dzieje się w armii. 

Z korespondencji wynikło przecież, że Andrzej Duda pytał o obsadę ataszatów, która już została wyznaczona, tyle że on o tym nie wiedział.

Trochę to wygląda na czeski film, i na takie błędne koło, w którym Prezydent ewidentnie wychodzi na człowieka niepoinformowanego, bez kontaktu z Ministrem Obrony Narodowej i lekceważonego przez Ministra Obrony Narodowej - mówi Klich.

Były minister także wskazuje na brak prezydenckiego zainteresowania dla odejść z wojska najwyższej klasy dowódców, zwraca też uwagę na sam fakt, że Prezydent do szefa MON pisze zamiast z nim rozmawiać. I wyciąga z tego wniosek, że współpraca obu odpowiedzialnych za obronność urzędów nie układa się tak, jak powinna.

Publicystycznie


Wstępne komentarze chaosu, jaki wywołała wymiana kilku pism są zwykle pochodną tego, co w danej sprawie powiedzą politycy i zainteresowani - w tym wypadku wojskowi. Tak jest i tym razem, przy czym warto zwrócić uwagę na kilka niedopowiedzeń, a czasem usterek wnioskowania.

Ustawka


Popularna, bo wynikająca z oczywistego pominięcia w prezydenckich pismach kwestii stanu kadry dowódczej i powszechnie znanego, choć trudnego do opisania zjawiska "misiewiczozy" hipoteza, że rzecz jest wyreżyserowanym i przebiegłym zabiegiem PR-owskim - niespecjalnie dobrze znosi krytykę opartą na oczywistym fakcie, że wymiana pism wcale od rzeczywistych problemów uwagi nie odwróciła, a wręcz przeciwnie. 

Wszyscy, którzy nie spędzili ostatnich tygodni i miesięcy zamknięci w piwnicy bez dostępu do mediów wiedzą, kim jest p. Misiewicz i w jakiej atmosferze odeszła z wojska gromada generałów. Nawet jeśli wiedząc to dali się zelektryzować tytułom "Prezydent oczekuje wyjaśnień od MON", to napięcie natychmiast w nich opadło, kiedy doczytali, czego dokładnie te wyjaśnienia mają dotyczyć. U części wywołało to pewnie przykre uczucie zawodu, a to z pewnością nie było intencją korespondujących ze sobą Prezydenta i szefa MON?

Buldogi

Niemniej popularna, a nawet atrakcyjniejsza hipoteza "buldogi pod dywanem", mówiąca o bezwzględnej walce o wpływy w obozie władzy - także źle znosi uważniejsze przyjrzenie się jej.

O jakiej walce o wpływy na gruncie Konstytucji można mówić, jeśli w grę wchodzi z jednej strony Zwierzchnik Sił Zbrojnych, a z drugiej - powoływany przez niego minister?

Jeśli to nie wystarczy można spytać inaczej - o jakiej walce o wpływy można mówić między wiecznie wystającym w poczekalni "Ucha prezesa" p. Adamem, czy tam Adrianem, a hołubionym i budzącym przerażenie samego prezesa p. Antonim?

To oczywiście kpina, niemniej nie pozbawiona chyba podstaw, a przy tym opisująca swojego rodzaju oblężoną twierdzę, w jakiej znajdują się rządzący. 

O co mieliby rywalizować panowie, z których jeden obnaża niewiedzę drugiego, a drugi arogancję pierwszego, kiedy obaj jadą na tym samym wózku? Jak działa maszynka skonfederowanych władz Prezydent przekonał się kilka dni temu, kiedy Trybunał Konstytucyjny odrzucił jego wniosek, bo tak chciały rząd, Prokurator Generalny i Sejm. W podobnej sytuacji był już też i szef MON, który nie z własnej woli przecież ograniczał rozległe ambicje p. Misiewicza.

Brak satysfakcji

Słowa Marka Magierowskiego o tym, że Prezydent z uzyskanych odpowiedzi zadowolony nie jest, i zamierza poruszone tematy drążyć, także w bezpośredniej rozmowie z min. Macierewiczem umacnia nieco hipotezy "ustawki" i "walki buldogów pod dywanem". Jeśli któraś z nich się w dużym stopniu potwierdzi - nie będzie to z pewnością sygnał świadczący o dobrym stanie polskiego systemu obronnego. Będzie to wręcz kolejny sygnał jego poważnych błędów, także wprost personalnych.

Dla chwilowego zmniejszenia napięcia zaproponuję jeszcze jedną, rzadko uwzględnianą hipotezę przebiegu wypadków:

Wszystko naraz, czyli rutynowa wpadka

Najmniej publicystyczna, a przy tym wysoce prawdopodobna wydaje się wyjaśniająca niekonsekwencje poprzednich hipoteza najzwyczajniejszej wpadki w urzędniczej rutynie. Oto rozedrgany świat mediów wszedł w posiadanie informacji, że prezydent zapytał o coś szefa MON. Obie postaci z naturalnych względów, podbitych na dodatek w opinii publicznej powagą sytuacji w armii - zwracają uwagę. Świat mediów wytropił poważny potencjał w użytych przez prezydenta sformułowaniach "oczekuję od pana ministra niezwłocznego podjęcia stosownych działań", "oczekuję wyczerpującej informacji" - i to wystarczyło do wywołania zjawiska publicystyczno-politycznego wzmożenia. Machina ruszyła.

Skoro na ujawnieniu faktu, a następnie i treści korespondencji (ją także publikujemy) nie zyskał żaden z jej adresatów, a obaj narazili się na publiczne grillowanie (za pisanie zamiast rozmawiania, za lekceważenie się nawzajem, za prowadzenie publicznie gorszącego sporu itp.), hipoteza że wszystko to wymknęło się spod kontroli autorów i wbrew ich intencjom - obrosło masą niechcianych przez nich i niesłużących im komentarzy - wydaje się wysoce prawdopodobna. Co stwierdzam jako widz, uczestnik i zainteresowany - z pewną satysfakcją.

W końcu czego miałaby dotyczyć debata publiczna, jeśli nie istotnych dla publiczności zachowań osób publicznych?