W Niemczech Holocaust tworzy niejedną rodzinną historię (Raul Hilberg).

Jennifer Teege /Luca Piergiovanni /PAP/EPA

Ta historia zaczęła się banalnie - Jennifer Teege wybrała się do biblioteki gdzie wśród tysięcy książek jej uwagę przykuł wolumin z czerwoną okładką i intrygującym tytułem Musiałam przecież kochać swojego ojca, prawda?

Na okładce widniało zdjęcie zamyślonej i smutnej kobiety - twarz wydawała się zaskakująco znajoma. Przeczytała podtytuł: Historia Moniki Göth, córki komendanta obozu koncentracyjnego z "Listy Schindlera" - imię i nazwisko bohaterki książki też były jej znane. "Monika Göth! Przecież znam to nazwisko! Tak nazywa się moja matka. Matka, która oddała mnie do domu dziecka i której nie widziałam od wielu lat" (9).

Jennifer zaczęła nerwowo przeglądać książkę. Wypożyczyła ją i szybko przeczytała. Wtedy dotarło do niej coś, czego nigdy się nie spodziewała - poznała mroczną tajemnicę swojej biologicznej rodziny - dowiedziała się, że jest wnuczką nazistowskiego zbrodniarza Amona Götha. Chwila, w której przypadkiem znalazła książkę o swojej rodzinie na zawsze przecięła jej życie na dwie części: tę przed jej znalezieniem i po nim. 

Czarna wnuczka białego nazisty

Jennifer urodziła się ze związku Niemki i Nigeryjczyka. Gdy ten się rozpadł, dziewczynka trafiła do domu dziecka. W wieku siedmiu lat została adoptowana i przyjęła nazwisko rodziny adopcyjnej. Z biologiczną matką Moniką Göth utrzymywała tylko sporadyczne kontakty, które później ostatecznie ustały.

Jennifer nie znała historii swojej biologicznej rodziny, nie znali jej także rodzice adopcyjni. Prawdę poznała dopiero w wieku 38 lat. Dziś mówi, że jej dziadek z pewnością by ją zastrzelił. Amon Göth zwany "rzeźnikiem z Płaszowa" wykazywał się przecież szczególnym okrucieństwem. Torturował i mordował z zamiłowaniem, pod byle pretekstem. Jedną z jego rozrywek było strzelanie do więźniów z okien samochodu, czy z balkonu swojej willi w obozie w Płaszowie. Na pewno nie oszczędziłby czarnej dziewczyny (Jennifer po ojcu ma ciemny kolor skóry), która w dodatku mówi po hebrajsku (poznała ten język podczas studiów w Izraelu).

"Co powiedziałby swojej czarnej wnuczce, która w dodatku mówi po hebrajsku? Byłabym dla niego paskudztwem, bękartem urągającym honorowi rodziny. Mój dziadek na pewno by mnie zastrzelił" (63). 

Nieznana historia rodzinna stała się nagle dla Jennifer zarówno piętnem, jak i wyzwaniem. Im więcej dowiadywała się o przeszłości, tym bardziej była przerażona. Uświadamiała sobie nie tylko fakt, że jej dziadek był zbrodniarzem nazistowskim, ale także to, że babcia była bierną współuczestniczką jego zbrodni. Co zrobić z taką ponurą tajemnicą? Jak się z nią zmierzyć? 

Przeszłość nie daje spokoju

Historie dzieci, wnuków oraz krewnych nazistowskich zbrodniarzy pokazują, że strategie mierzenia się z rodzinną przeszłością bywają różne. Rozmaicie reagują pokolenia dzieci i pokolenia wnuków. I choć nikt nie jest odpowiedzialny za winy swoich przodków, to jednak ludzie ci muszą skonfrontować się z piętnem posiadania w rodzinie hitlerowskiego oprawcy. Pisze o tym Nikola Sellmair, współautorka książki o historii Jennifer Teege.

"Przepracowanie czasu nazistowskiego zawsze stanowi rodzinny dramat. Wiele dzieci wysoko postawionych nazistów balansuje między gloryfikacją ojców a bezgraniczną nienawiścią wobec nich, która często przechodzi również w nienawiść do samych siebie. Jedno z pewnością mają wspólne: przeszłość nigdy nie daje im spokoju. Gudrun Burwitz, córka Heinricha Himlera, aktywnie działała na scenie neonazistowskiej i zbierała nawet fundusze na rzecz byłych zbrodniarzy nazistowskich. Wolf-Rϋdiger Heβ, syn Rudolfa Heβa, zastępcy Hitlera, przez całe życie próbował zrehabilitować swojego ojca. [...] Bettina Göring natomiast, stryjeczna wnuczka Hermanna Göringa, szefa Luftwaffe, przeszła na własne życzenie sterylizację, tak aby >>nie wydać na świat potwora, by nie narodził się za jej sprawą kolejny Göring. Historyk Tanja Hetzer twierdzi, że z wywiadów przeprowadzonych z potomkami nazistów wie, iż wielu z nich poddało się sterylizacji albo świadomie pozostało bezdzietnymi [...]. Niklas Frank, syn Hansa Franka, gubernatora w okupowanej Polsce, do tej pory nosi w portfelu zdjęcie zwłok: fotografię ojca ze złamanym karkiem zrobioną tuż po tym, jak został powieszony za swoje zbrodnie. Niklas Frank twierdzi też, że w myślach każdego wieczoru na nowo wykonuje wyrok na swoich rodzicach, bo na to zasługują " (197-198).

Niemiecki psycholog społeczny Harald Welzer (współautor m.in. wydanej w 2014 roku w Polsce przez Krytykę Polityczną książki "Żołnierze. Protokoły walk, zabijania i umierania") w swojej pracy Opa war kein Nazi ("Dziadek nie był nazistą") dochodzi do następujących ustaleń: "pokolenie wnuków, którzy dzisiaj mają od trzydziestu do pięćdziesięciu lat, zna większość historycznych faktów związanych z Holocaustem  i odrzuca ideologię nazistowską jeszcze mocniej niż poprzednie pokolenie. Tak zdecydowany punkt widzenia przyjmują oni jednak wyłącznie, jeśli chodzi o politykę, nie sferę prywatną. To właśnie pokolenie wnuków uważa, że ich przodkowie odegrali w historii kluczową, bezcenną rolę. Dwie trzecie pytanych uznaje ich nawet  za bohaterów ruchu oporu albo za ofiary reżimu nazistowskiego. O tym, co tak naprawdę uczynił ich dziadek, wielu nie ma pojęcia. Holocaust to dla nich kilka lekcji historii, zrytualizowana opowieść o ofiarach, którą oglądają w kinie i telewizji, ale nie traktują jej jako części historii własnej rodziny, ich historii. Tak wielu jest "nieszkodliwych dziadków", tyle wypartych tajemnic rodzinnych. I kiedy dziadkowie - ostatni świadkowie czasów wojny - nagle umierają, jest już za późno, by zapytać, jak było naprawdę" (24-26).

Na tę problematykę zwraca uwagę również Martin Pollack, choćby w książce zatytułowanej "Topografia pamięci", którą właśnie wydało Wydawnictwo Czarne (2017). Pollack wybrał drogę walki z bagatelizowaniem i zakłamywaniem prawdy o czasach nazistowskich w Niemczech. Robi to także na podwórku mu najbliższym - opowiada historię swojej rodziny, w tym ojca -  dowódcy grupy interwencyjnej Sonderkommando, który był odpowiedzialny za rozstrzelanie grupy polskich zakładników w Radziejowicach pod Warszawą, "a w słowackich górach polował ze swoimi ludźmi na Żydów i partyzantów" (63). Pollack pisze, że narracja, którą w czasach dzieciństwa "wbijali mu do głowy" najbliżsi, nigdy nie obejmowała takich historii. Dominował przekaz "nic złego nie robiliśmy", "byliśmy przyzwoici". Dopiero potem zaczął dostrzegać - jak pisze - mroczną aurę ciążącą nad jego dzieciństwem. Stopniowo rozpoczął też badanie ponurych tajemnic lat wojny, w tym tego, co robili wtedy jego krewni. Nie był to łatwy proces. Dziś opowiada, jak przez lata bał się zadawać bliskim pytania o przeszłość, ponieważ przeczuwał jak mogłyby brzmieć ich odpowiedzi.

"Przez całe lata bałem się, że za dużo się dowiem, wolałem o nic nie pytać, pozostawić wiele niedomówień. Dzisiaj to sobie wyrzucam. Nie wolno bowiem pozwolić, by kierowały nami takie powody, nie wolno zamykać oczu, zatykać uszu, nie chcieć wysłuchać tamtych wspomnień, ilekroć się z nimi skonfrontujemy. A już na pewno nie wtedy, gdy chodzi o wspomnienia sprawców, nawet jeśli są nimi bliskie nam osoby" (15).

Ceną jaką zapłacił Martin Pollack za swoje poszukiwania prawdy o historii rodzinnej było zerwanie relacji z krewnymi, którzy podzielali zupełnie inną ocenę nazistowskiej przeszłości. "Wszyscy bez wyjątku w rodzinie mojego ojca byli zdeklarowanymi  lub wręcz zagorzałymi nazistami. Ojciec, dziadek i stryj, młodszy brat mojego ojca. A mimo tego nie uważali się za sprawców, lecz za ofiary. I chętnie o tym mówili. Wszyscy po 1945 roku dużo utracili - majątek, pozycję zawodową - i lubili o tym stale przypominać. Dziadkowie opowiadali mi o rabunkach i bezprawiu, o swoim aresztowaniu i pobytach w więzieniu, o obozach przymusowego pobytu, o nieludzkich warunkach w areszcie i o zakazie pracy. I o tym, że oni sami i im podobni musieli po 1945 roku przejść przez to wszystko. Jakże niesprawiedliwie. Zawsze to podkreślali, nie zdając sobie sprawy z własnej winy" (13). 

Pomiędzy miłością a potępieniem

Martin Pollack jest przedstawicielem pokolenia dzieci nazistów. Jennifer Teege reprezentuje  pokolenie wnuków. Im więcej czasu upłynęło od koszmaru wojny, tym łatwiej mierzyć się pamięcią historyczną, łatwiej też historię banalizować i zlekceważyć. Jennifer jednak konfrontuje się ze swoją straszliwą historią rodzinną odważnie, wprost i bez przemilczeń. O dziadku pisze: "był psychopatą, sadystą. Uosabia wszystko, co ja odrzucam: jakim trzeba być człowiekiem, by odczuwać przyjemność z torturowania i zabijania ludzi na wszelkie możliwe sposoby? W czasie moich poszukiwań nie natknęłam się na żadne wyjaśnienie, czemu taki był. Jako dziecko wydawał się jeszcze zupełnie normalny" (27).

Jennifer trudniej jest potępić babcię - partnerkę Amona Götha, którą znała jako dziecko. Gdy mówi o niej "załamuje jej się głos, a oczy zachodzą łzami. Jest rozdarta między perspektywą całkowitej dezaprobaty wobec swojej babki a próbą akceptacji tego, kim była, między odruchowym atakowaniem jej osoby a próbą jej obrony" (108).

Rozdarcie pomiędzy miłością a potępieniem jest trudne do przepracowania. Jennifer szukała pomocy w psychoterapii i w lekturze. Ma świadomość, że to, czego doświadczyła było udziałem wielu innych potomków hitlerowskich zbrodniarzy. Wie, że "w literaturze poświęconej potomkom nazistów pojawia się czasami rozróżnienie na tych, którzy poznali swoich krewnych, oraz tych, których krewni już wówczas nie żyli. Niektórzy autorzy  podsumowują to rozróżnienie następująco: ci, którzy nie poznali osobiście nazistowskich  przodków, nie cierpią tak bardzo z powodu swojego pochodzenia. Zapomina się jednak, że potomkowie często znali osoby, które kochały nazistowskich zbrodniarzy. Żyjący pełnią wówczas funkcję pomostu łączącego z tymi, którzy są już martwi" (88-89). Takiej właśnie sytuacji doświadczyła Jennifer, która nie poznała wprawdzie dziadka straconego w 1946 roku. Znała jednak babcię i matkę. I to one stały się pomostem łączącym ją z Amonem Göthem.

Opowiada, że choć jej matka (Monika) miała tylko dziesięć miesięcy, gdy powieszono jej ojca, to z książki o niej ("Musiałam przecież kochać swojego ojca, prawda? Historia Moniki Göth...") przebija tęsknota za ojcem i ogromne cierpienie z powodu jego losu. Jennifer pisze, że jej matkę "łączyła" z Amonem Göthem  ta sama osoba, która także ją z nim łączy: "Ruth Irene, jej matka, moja babka. Kobieta, nad której łóżkiem aż do dnia jej śmierci wisiało zdjęcie Amona Götha" (89).

Wina nie jest dziedziczona, ale poczucie winy już tak

Historyk Wolfgang Benz twierdzi, że "ideologia narodowego socjalizmu i jego długotrwałe konsekwencje są widoczne do dziś" (201) i niestety niekiedy przejawiają się w postaci "rodzinnych karteli milczenia" (201). Zjawisko takie relacjonowała m.in. Katrin Himmler, stryjeczna wnuczka Heinricha Himlera, która posługiwanie się w jej rodzinie półprawdami nazywała "niewolą myśli" (201).

Historia biologicznej rodziny Jennifer pokazuje, że zło uczynione przez pokolenie dziadków stało się piętnem kolejnych, wstępujących generacji. Peter Brϋndl, terapeuta Jennifer, który prowadził też terapie innych wnuków zbrodniarzy hitlerowskich tłumaczy, że "przemoc i okrucieństwo mają głęboki wpływ na  pokolenia, które przychodzą później. Ale to, co czyni je chorymi, to nie same czyny ich przodków, ale milczenie, którymi są osnute. Ta nieszczęsna  zmowa milczenia panująca w rodzinach zbrodniarzy często przechodzi z pokolenia na pokolenie" (30). W takim "absolutnym milczeniu" dorastała po wojnie Monika Göth - córka kata z Płaszowa. W milczeniu wzrastała także jej córka - Jennifer.

Nie wszyscy potomkowie nazistów decydują się na krok, który uczyniła Jennifer - jednoznaczne ujawnienie i odrzucenie potwornego dziedzictwa swojej rodziny. W swojej książce przywołuje ona klasyczną, wydaną w 1967 roku pracę Aleksandra i Margarete Mitscherlichów pt. "Niezdolność do żałoby". Jej autorzy, jako psychoanalitycy, mieli kontakt z członkami SS oraz innych organizacji nazistowskich. Pisali o nich: "nie czuli skruchy ani wstydu, oni oraz inni Niemcy żyli dalej, jakby Trzecia Rzesza nigdy nie istniała" (40). Teege jest krytyczna wobec pojawiających się również dziś praktyk redefinicji historii II wojny światowej. Konstatuje, "dzisiaj, niestety nie uznaje się już tego, co pod koniec lat sześćdziesiątych ustalili państwo Mitscherlich. Przeszłość Niemiec została przekłamana, a poczucie winy uległo zbiorowemu wyparciu. W zasadzie dziś cały naród powinien się znaleźć na kozetce u psychoanalityka" (40-41).

Rodzinne tajemnice mają niszczącą siłę

...zorientowałem się, że nigdy nie ucieknę od przeszłości ojca, która po jego śmierci całkowicie przeszła w moje posiadanie (Hans Urlich Gumbrecht, Po roku 1945. Latencja jako źródło współczesności)

Dlaczego wnuki nazistów odczuwają potrzebę, by konfrontować się z winami swoich dziadków? Dlaczego niektórzy z nich przyjmują na siebie odpowiedzialność za zbrodnie popełnione przed swoim urodzeniem? Dlaczego wnuki ofiar nie przechodzą do porządku dziennego nad złem, którego doświadczyli ich przodkowie?

Psychologowie, psychoterapeuci i psychiatrzy zajmujący się międzygeneracyjnym przekazem traumy w rodzinach ofiar wojny i okupacji, zwrócili uwagę na zjawisko załamywania się po wojnie narracji dotyczących rodziny. Dzieci ofiar, choć często dorastały w milczeniu ze strony rodziców, to odczuwały jednak, że ich rodzice doświadczyli podczas wojny czegoś strasznego, czegoś o czym się nie rozmawia.

Rozważania na ten temat znalazły się m.in. w artykule Cezarego Żechowskiego ("Psychoterapia" nr 1, 2016, s. 103-110), gdzie autor wyjaśnia, że podczas terapii takich rodzin okazywało się, że ich pamięć rodzinna zatrzymuje się na końcu lat czterdziestych czy pięćdziesiątych. "Tak, jakby pamięć rodziny nie sięgała dalej lub jakby nic ważnego w tym czasie nie wydarzyło się. A przecież trudno uwierzyć, że okres ten w żaden sposób nie wpłynął na życie rodziny ani nie wywarł żadnego piętna na losie jej członków" (106).

Żechowski tłumaczy, że wyjaśnienia mogą być dwa, albo okres ten rzeczywiście nie wpłynął na życie tych rodzin, i dlatego brakuje dotyczących go międzygeneracyjnych przekazów, albo "okres ten wywierał i nadal wywiera istotny wpływ na społeczeństwo, ale rodziny i poszczególne osoby nie mają żadnej narracji mogącej opisywać skomplikowane i bolesne wydarzenia lat 1939-1950" (106).

Dziś wiemy, że strategia milczenia o przeszłości w rodzinach ofiar niekoniecznie jest skuteczna. W przestrzeni kulturowej pojawiają się bowiem obrazy, opisy, refleksje, które zakłócają mechanizm obronny jakim jest radzenie sobie z trudną historią poprzez jej wyparcie, czy zaprzeczenie. Żechowski zauważa, że rozwiązaniem może być zbudowanie takiej narracji, która będzie "włączać" wyparte elementy historii i rodzinnych doświadczeń, co stałoby się "szansą na osłabienie zaprzeczeń, pierwotnych obron i alienacji" (109).

Można zadać sobie pytanie, czy takie badanie przeszłości i uświadamianie sobie trudnych wydarzeń z historii rodzinnej ma sens, skoro taka konfrontacja może mieć bardzo bolesny charakter. Na tak postawione pytanie trzeba odpowiedzieć twierdząco, szczególnie w przypadkach rodzin, w których elementem międzygeneracyjnego przekazu przechodzącym z rodziców na dzieci, a potem na wnuki, są "nieświadome aspekty ciernienia, zawiści, gniewu, lęku i winy". Tego typu spadki po przodkach, podobnie jak niewypały z czasów wojny, wymagają unieszkodliwienia.

Choć piętno przeszłości jest inne w rodzinach ofiar i w rodzinach katów, to zarządzanie bolesną pamięcią w obu przypadkach są trudne, ale bardzo potrzebne. 

Łatwość demonizowania nazistów, trudność rozliczania "zwykłych Niemców"

Nikola Sellmair w książce o historii Jennifer Teege, zwraca uwagę na ryzyko łatwego demonizowania nazistów i równocześnie uciekania od oceny tego, co robili "zwykli Niemcy" podczas II wojny światowej. Pisze "bardzo łatwo jest demonizować postacie nazistów. Ogląda się ich jak zwierzęta w zoo, stwierdzając, że są brutalni i perwersyjni . Wskutek tego nie trzeba się już przyglądać sobie, swojej rodzinie i wielu ludziom, którzy drobnymi gestami przyczynili się do tej tragedii: tym, którzy  nie witali się już z Żydami, tym, którzy przechodzili obok nich w pośpiechu, udając, że ich nie widzą. Przez nich również Żydzi byli wówczas poniżani, a ich firmy i sklepy niszczone" (61).

Autorki książki Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił, wśród wielu przywoływanych dowodów, wskazują na wydany po raz pierwszy dopiero w 2011 roku dziennik Friedricha Kellnera (W Polsce wybór fragmentów opublikowano w 2015 roku nakładem Ośrodka Karta jako Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy 1939-1942, przeł. Andrzej Kopacki). Był on pisany w tajemnicy w latach 1939-1945. Jego autor mieszkał w małej miejscowości o nazwie Laubach i był w tamtym czasie zaledwie niższym urzędnikiem sądowym. Z lektury tego tajemnego pamiętnika wynika, że również ci Niemcy, którzy po wojnie deklarowali, że "o niczym nie wiedzieli", bez problemu mogli jednak już podczas wojny poznać prawdę o nazistowskiej dyktaturze, jej zbrodniach oraz Holocauście (109). Wiedza o zbrodniach była ówcześnie dostępna lecz odrzucana i przemilczana.

Dzienniki Kellnera zaświadczają o tym, czemu po wojnie Niemcy gremialnie zaprzeczali, co chciano za wszelką cenę wyprzeć z indywidualnej i zbiorowej pamięci. Wiedziano o wojennym awanturnictwie Hitlera i jego akolitów, o zbrodniach na ziemiach okupowanych, o zagładzie Żydów, o eksterminacji niepełnosprawnych. Nie podejmowano żadnych działań, aby temu wszystkiemu zapobiec i odwrócić bieg wydarzeń... (fragment wstępu)


Pewien żołnierz na urlopie opowiada o straszliwych okrucieństwach, których był naocznym świadkiem na okupowanych terenach w Polsce. Widział on, jak ustawiano nagich Żydów i Żydówki wzdłuż długiego, głębokiego rowu, a następnie Ukraińcy na rozkaz SS strzelali im w tył głowy. Ofiary wpadały do rowu, który zasypywano ziemią. Spod niej słychać było jeszcze krzyki! Te nieludzkie, haniebne czyny są tak straszne, że nawet wykorzystywani jako narzędzia Ukraińcy przeżywali załamania nerwowe. Wszyscy żołnierze, którzy wiedzieli o bestialskich działaniach tych nazistowskich podludzi, zgodnie wyrażali opinię, że naród niemiecki już dzisiaj może drżeć przed odwetem. Dla tych nazistowskich bestii nie ma dość surowej kary. Oczywiście odwet oznacza, że ucierpią także niewinni. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludności niemieckiej ponosi pośrednią bądź bezpośrednią winę za dzisiejszy stan rzeczy. (fragment dziennika)

Kamienie pamięci

Chcemy zwrócić im imię, ponieważ Talmud mówi, że człowiek jest zapomniany, kiedy imię jest zapomniane (Günter Demnig).

Wiele do myślenia daje akcja niemieckiego artysty Güntera Demniga (ur. 1947), który w 1996 roku w ponad 800 niemieckich miastach i wsiach rozpoczął umieszczanie małych, mosiężnych tabliczek zwanych Stolpersteine, czyli dosłownie „kamień, o który się można potknąć”. Te tzw. kamienie pamięci montowane są w chodnikach przed domami, z których naziści zabierali ludzi. Demnig już od ponad dwudziestu lat montuje takie kamienne kostki z mosiężnymi tabliczkami. W całej Europie umieścił ich już ponad 20 tysięcy – są w Austrii, Belgii, Czechach, Chorwacji, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Litwie, Luksemburgu, Niemczech, Norwegii, Polsce, Rumunii, Rosji, Słowacji, Słowenii, Szwajcarii, Węgrzech, Ukrainie, Włoszech. W Polsce pojawiły się w 2016 roku przed dwoma kamienicami we Wrocławiu, w których kiedyś mieszkali Żydzi (przy ul. Świdnickiej 39 i ul. Jedności Narodowej 95). Każdy z tych kamieni rozpoczyna fraza “Tutaj mieszkał(a)…”. 


Nikola Sellmair zwraca uwagę, że dzięki tej akcji "stało się jasne, że na wielu ulicach przy co trzecim domu znajdują się nazwiska pojedynczych osób albo całych rodzin. Trudno więc było przeoczyć, że brakuje któregoś z sąsiadów: żydowskich rodzin, dziewcząt z zespołem Downa, homoseksualistów, komunistek. W wielu niemieckich rodzinach nigdy jednak nie poddawano krytyce tych praktyk. A ‘naziści’ - to byli ci ‘inni’. Jest wręcz niewyobrażalne, że przyjazny dziadek popełniał różnorakie zbrodnie, gdy walczył na froncie, a dobroduszna babcia wiwatowała na cześć Hitlera. Tak samo niewyobrażalne było przez długi czas dla Jennifer Teege, że jej babcia pławiła się w luksusie w sąsiedztwie obozu koncentracyjnego. Tylko dla niewielu osób życie w kłamstwie  i schizofreniczność własnej biografii były tak dotkliwe jak dla Ruth Irene Kalder. Nie była bezpośrednim sprawcą  tego, co  się działo, ale widziała to na własne oczy i czerpała z tego korzyści. Amon Göth robił karierę w SS, a ona mu towarzyszyła. Amon Göth jest kimś obcym, można się zdystansować wobec tej postaci, ale w Ruth Irene Kalder, uwiedzionej oportunistce, w pewnym stopniu można odnaleźć część siebie" (110-111). 

Trzeba pamiętać

Wszystkie historie muszą zostać opowiedziane, nie wolno przemilczeć żadnej tragedii (Martin Pollack)

"Trzecie pokolenie, pokolenie wnuków zbrodniarzy nazistowskich, patrzy zazwyczaj rozsądnie i bez szukania fałszywych usprawiedliwień na historię swojej rodziny. Pokolenie dzieci przepracowuje wciąż czyny swoich ojców, pokolenie wnuków - uwikłanie w historię własnej rodziny. Analizują opowiadane tysiące razy legendy rodzinne, sprawdzają, co jest prawdą, a co zostało zniekształcone lub przemilczane. Czyny dziadków, a przede wszystkim  milczenie na ich temat, oddziałują wciąż na ich rodziny" (201). Za niepokojące dystansowanie się od historii należy uznać pojawiające się od czasu do czasu postulaty, formułowane także przez niektórych wnuków nazistowskich zbrodniarzy, "żeby przeszłość wreszcie uznać za czas miniony" (202).

Jennifer Teege w swojej książce wyraźnie pisze o potrzebie konfrontowania się z przeszłością, nie ukrywania jej. Podkreśla, że "tylko wtedy będziemy w stanie rozprawić się z przeszłością i zostawić ją za sobą, gdy będziemy potrafili swobodnie się z nią obchodzić. Ci bowiem, którzy żyją w przekonaniu, że muszą ukrywać siebie, swoją tożsamość, zawsze będą cierpieli z jej powodu" (203). Pokolenie wnuków, które reprezentuje, łatwiej konfrontuje się z tragedią czasów wojny niż pokolenie ich rodziców. Prawidłowość ta wydaje się dotyczyć zarówno potomków ofiar jak i katów. Wnukom i prawnukom zagraża dziś niedocenianie wagi tragicznych doświadczeń z przeszłości.

 

Podsumowaniem rozważań o przemilczaniu bolesnej historii i tego konsekwencjach niech będzie cytat z książki Martina Pollacka "Topografia pamięci".

"Badanie historii - własnej, ale także cudzej, bez żadnych uprzedzeń, jest najważniejszym warunkiem zrozumienia samego siebie, znalezienia własnej tożsamości - i spotkania się z Innym na równym poziomie. Bez historii nie da się tego zrobić. Nigdy nie wolno nam ulec pokusie, by chcieć wyrzucić za burtę ówczesne narodowe narratywy, chcieć je wymazać z pamięci, ponieważ boimy się, że gdy  się z nimi skonfrontujemy, mogą coś popsuć, stać się przeszkodą. Wszystko musi zostać powiedziane, spisane, nawet jeśli jeszcze dziś może być bolesne. Wszystkie historie muszą zostać opowiedziane, nie wolno przemilczeć żadnej tragedii. Musimy jednak stale przy tym pamiętać, żeby nie stracić z oczu naszego celu, którym jest zrozumienie Innego, zaakceptowanie go takiego, jaki jest, z całym ciężarem jego historii" (239).

***

Jennifer Teege, Nikola Sellmair, 2014, Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił, tłum. Ewelina Twardoch-Raś, Warszawa: Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

Friedrich Kellner, 2015, Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy 1939-1942, tłum. Andrzej Kopacki, Ośrodek KARTA.

Cezary Żechowski, 2016, Historia jako źródło (nieświadomych) cierpień, "Psychoterapia" nr 1 (176), s. 103-110.

Hans Ulrich Gumbrecht, 2015, Po roku 1945. Latencja jako źródło współczesności, tłum. Aleksandra Paszkowska, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

***

Hauptsturmführer-SS Amon Leopold Göth (1908-1946) - austriacki zbrodniarz wojenny, w czasie II wojny światowej był m.in. komendantem obozu pracy przymusowej w Płaszowie koło Krakowa (dziś w granicach miasta), który w 1944 roku został przekształcony w obóz koncentracyjny. W 1943 roku Göth przeprowadził ostateczną likwidację gett żydowskich w Krakowie i Tarnowie. Po wojnie za zbrodnie wojenne został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 13 września 1946 roku w Krakowie.

Demoniczną postać Amona Götha przedstawiono w "Liście Schindlera" Stevena Spielberga. W postać zbrodniarza wcielił się Ralph Fiennes.