Już kilka osób pytało mnie, czy będzie wojna. Byli bardzo rozczarowani, gdy mówiłem im, że nikt na to pytanie nie może jednoznacznie i twardo odpowiedzieć. Ale też dodawałem, że nie widać poważnych powodów, by przyjąć, że na wojnę się zanosi, natomiast nie brak takich, którzy na strachu przed wojną chcą zrobić interes.

W kraju główne partie przekonują, że w obliczu rzekomego zagrożenia trzeba się wokół nich skupić. Zachęcają do tego zarówno politycy rządowi, jak i opozycyjni. I jedni, i drudzy wskazują Rosję jako potencjalnego agresora. To rzeczywiście kraj, który nie był i nie jest nam przyjazny, ale...

Nie wydaje mi się, by Rosja czyhała obecnie na naszą suwerenność. Myślę, że tak nie jest nie dlatego, że rosyjskie elity pokochały niepodległą Polskę. Przyczyna jest - jak sadzę - inna: uznanie realiów. Rosja w 1939 zajęła pół Polski i te ziemie od nas definitywnie odpadły. Jednocześnie sowiecko-rosyjski establishment, ma świadomość, że Polska jest naprawdę bardzo przywiązana do swojej suwerenności. Jest też w NATO. Wprawdzie zastosowania osławionego art. 5 - wszyscy powinni mieć tego świadomość - nie można uznać za całkowicie pewne, ale na jakąś retorsję NATO na pewno możemy liczyć. W Moskwie to wiedzą. Co z tego wszystkiego wynika?

Chyba tyle, że jeżeli Putin nie oszaleje (a wygląda na przytomnego), to tanków na nas nie pośle, ani rakiet też. A co znaczą wypowiedzi Żyrinowskiego, który twierdzi, że Putin już podjął decyzje o III wojnie światowej? Chyba potwierdzają ocenę, że temu gościowi naprawdę należą się "żółte papiery".

Wszystko to - jak sądzę - nie znaczy, że chmury się nie gromadzą. Gromadzą się. Na Ukrainie rozszerzenia wojny rzeczywiście wykluczyć nie można. Mogą być dziesiątki tysięcy uchodźców. No i rosyjskie sankcje będą nieprzyjemne. To niektórych już popycha do postulatu porzucenia solidarności z Ukrainą. Z pewnością nie powinniśmy "podstawiać nogi tam, gdzie konia kują", ale Ukrainy porzucać nie wolno. W żadnym razie.