Czym będzie przyszła partia/niepartia Pawła Kukiza? Na pewno będzie partią w sensie faktycznym, choć pewnie nie w sensie formalnym. Może się nazwać "ruchem" i wziąć udział w wyborach jako komitet wyborców. Ale także "ruch" musi określić, jakie warunki muszą spełnić jego uczestnicy i jakimi dysponują prawami. Co więcej, konieczne jest określenie, kto decyduje o bieżących sprawach i jest upoważniony do wypowiadania się w imieniu "ruchu".

Można pewnie utworzyć tylko minimalne struktury formalne i pewnie tak się stanie. Tym bardziej, że jak dotąd wszystko wskazuje, że Kukiz chce być wodzem ("królem"). To paradoksalne, bo jego hasłem mobilizującym poparcie jest krytyka obecnych partyjnych liderów (wodzów) za to, że przejęli władzę nad swoimi partiami i ich decyzje przesądzają, kto kandyduje w wyborach. Kto zdecyduje o liście kandydatów Kukiza?

Wygląda na to, że Kukiz zamierza podjąć decyzję jednoosobowo, czyli mieć jeszcze więcej władzy niż dzisiejsi partyjni liderzy. Kukiz powie, że tę władzę chce tyko na chwilę, żeby rozwalić obecny system, a potem odda ją narodowi. Niestety, z historii znamy sporo przypadków, gdy takie obietnice po zdobyciu władzy nie były dotrzymywane. Niekoniecznie dlatego, że były składane w złej wierze. Zresztą w przypadku Kukiza nie ma żadnych powodów, by go podejrzewać, że planuje skok na władzę (choć woda sodowa chyba już mu do głowy uderzyła). Ale są okoliczności niepokojące.

Kukiz programowo nie mówi, jakiej chce dla Polski polityki i jak chce zmienić znienawidzony "system". Twierdzi (i ma rację), że politycy i partie notorycznie nie dotrzymywali obietnic zawartych w ich programach. Wyciąga z tego wniosek, że programy są w polityce niepotrzebne. Traktując te enuncjacje Kukiza z dobrą wolą trzeba powiedzieć: nieporozumienie. To, czego nam przecież trzeba, to więcej wiarygodności w polityce.

PO przegrywa, bo obywatele  z "taśm prawdy" dowiedzieli się, że to co (i jak!) jej politycy mówią na oficjalnej scenie jest drastycznie sprzeczne z tym co słychać z kuluarów. To trzeba (i przynajmniej po części można) zmienić - przywrócić polityce wiarygodność. Kukiz niby to obiecuje, ale przekonywujące (i wewnętrznie spójne) to, co głosi nie jest. Powstaje uzasadnione podejrzenie, że najzwyczajniej w świecie nie ma nic do zaproponowania. Zapraszając do pomocy Panią Ogórek (i kilku innych "tytanów intelektu") oraz Centrum A. Smitha uzasadnia wątpliwość, czy jest poważnym człowiekiem.

Ale - być może - największy problem powstanie, gdy jego (wierzę, że spontaniczny) ruch opanują różne cyniczne cwaniaczki, których chyba kręci się już wielu i na plecach Kukiza wtargną do parlamentu. Jak słusznie twierdzą niektórzy komentatorzy, wysoce prawdopodobna jest powtórka z Palikota - Leppera. Pewnie z dwoma różnicami: Palikot w mojej ocenie od początku pogrywał cynicznie, a Lepper miał za sobą znaczną część wsi o dość jednolitych interesach. Kukiz (obym się nie mylił) wydaje mi się buntownikiem autentycznym, ale stoją za nim ludzie po prostu sfrustrowani: liberałowie i socjałowie, dobrze wykształceni po podstawówkach, starzy i młodzi.

Obawiam się, że sukces Kukiza to jeszcze większe kłopoty. Polsce potrzebne są radykalne zmiany, ale możliwe są też zmiany na gorsze. Inna sprawa, że na sukces Kukiza nie jesteśmy skazani. Wydaje mi się, że nieuchronny jest spadek jego notowań, choć do wyborów pewnie "dowiezie" poparcie na poziomie pozwalającym sforsować próg 5%. Oczywiście wiele będzie zależało od tego, co zrobi konkurencja. Na razie Kukiz ma powody, by podziękować B. Komorowskiemu - za referendum.