Agnieszka Radwańska na koniec sezonu utarła nosa niedowiarkom, którzy wieszczyli koniec wielkiej kariery naszej tenisistki. To był dla Polki trudny rok. Bardzo dobre wyniki przeplatała z rozczarowującymi wpadkami. Sukces z Singapuru na pewno pozytywnie naładuje krakowiankę, która ciągle ma sportowe marzenia i aspiracje.

Agnieszka Radwańska z wywalczonym trofeum //WALLACE WOON /PAP/EPA

Teraz o realizację tych marzeń może być nieco prościej. Po latach utrzymywania się w światowej czołówce, Radwańska w końcu wygrała wielki, ważny turniej. Dotychczas takiego sukcesu jej brakowało. Mogła pochwalić się co prawda przegranym finałem Wimbledonu, ale o wiele lepiej mieć na koncie wygrany finał. Teraz ze zwycięstwem w Mastersie z większym optymizmem można patrzeć w przyszłość. A przecież w tym sezonie były momenty, które nadwątliły wiarę kibiców w Radwańską.

Niepowodzeniem zakończyła się na przykład współpraca z Martiną Navratilovą. Czeszka miała odmienić sposób gry naszej tenisistki, ale pomysł nie wypalił. Odeszła ze sztabu Radwańskiej pod koniec kwietnia po serii nieudanych występów. Najwartościowszym wynikiem Radwańskiej w pierwszej części sezonu była 1/8 finału w Australian Open, a przecież i to trudno uznać za sukces. Do tego doszedł jeszcze półfinał imprezy w Katowicach, ale we własnym kraju Agnieszka z pewnością liczyła na więcej.

Wyjątkowo słabo wypadł w wykonaniu Polki French Open - zakończony już na pierwszej rundzie po przegranej z Niemką Anniką Beck. Później tenisistki trafiły na korty trawiaste, a to jak zwykle podziałało na Radwańską kojąco. W Nottingham dotarła do półfinału, a w Eastbourne do finału. Zwieńczeniem był występ na Wimbledonie. Polka przez turniej szła jak burza. Dopiero w ćwierćfinale straciła pierwszego seta, ale w walce o wieki finał uległa Garbine Muguruzie, która była dla naszej zawodniczki  prawdziwą zmorą. Grały ze sobą pięć razy i krakowianka wygrała tylko raz.

Po Wimbledonie niestety znów mieliśmy spadek formy. Wyjazd za Ocean nie przyniósł sukcesów. Przeciętna gra w Stanford, Toronto i New Haven, do tego szybkie pożegnanie z imprezą w Cincinnati. To wszystko nie wróżyło dobrze przed US Open. W Nowym Jorku w trzeciej rundzie pierwsza poważna rywalka - Madison Keys - zakończyła pobyt Radwańskiej w USA. Na szczęście koniec sezonu był już dobry. Finał w Tokio, półfinał w Pekinie, wygrana w Tiencinie. Nie udało się jedynie w Wuhan, gdzie w pierwszej rundzie Radwańską wyrzuciła z turnieju Venus Williams. Zresztą z Amerykanką nasza zawodniczka przegrała w tym sezonie aż trzykrotnie. Na drugim biegunie znalazły się Coco Vandeveghe, Karolina Pliskova i Alize Cornet. Z każdą z nich Polka grała trzy razy i za każdym razem schodziła z kortu jako zwyciężczyni.

Masters w Singapurze był dobrym podsumowaniem sezonu. Po porażkach z Marią Szarapową i Flavią Penettą półfinał wydawał się być marzeniem, ale z odrobiną szczęścia udało się awansować. To musiał bardzo zmotywować naszą najlepszą tenisistkę, bo wygrane pojedynki z Muguruzą i Petrą Kvitovą to były tenisowe perełki. Ogromna determinacja, waleczność, a do tego niesamowity, piękny, techniczny tenis.

Ten rok był dla Radwańskiej niczym sinusoida. Zaczynała go na 5. miejscu w rankingu WTA. Na takiej samej pozycji kończy tegoroczne zmagania. Na Wimbledon jechała jako 13. rakieta świata. Przed US Open była nawet 15. Sport jest jednak przewrotny. Mimo wpadek i słabszych okresów Radwańska kończy sezon największym sukcesem w karierze. Teraz trzeba trzymać kciuki, by po zasłużonych wakacjach zmotywowana Polka spróbowała w końcu powalczyć o triumf w Wielkim Szlemie. To na pewno nie jest niemożliwe. Tak samo jak objęcie prowadzenia w rankingu WTA. Bo marzyć trzeba o wielkich rzeczach.

(MRod)