Nandrolon – ten środek stosowali Adrian i Tomasz Zielińscy. Niestety zamiast medalowych nadziei mamy wielki wstyd. Ale czy to wina samych zawodników, czy też czegoś, co można nazwać „systemem”?

Adrian i Tomasz Zielińscy /PAP/Tytus Żmijewski /PAP

Nie mam zamiaru tłumaczyć, czy rozgrzeszać naszych sztangistów. Brali - muszą ponieść karę. Choć jeśli uważają, że to wszystko spisek/pech/sabotaż/nieprawda to mają prawo się bronić i starać się oczyścić swoje dobre imię. Patrząc jednak na sprawę braci Zielińskich warto spojrzeć szerzej na istniejący problem, bo tego chyba nie dostrzega przede wszystkim światowa federacja.

Koksowanie w podnoszeniu ciężarów wydaje się być czasami elementem treningu, co zgrabnie w słowa ubrał prezes PZPN Zbigniew Boniek:

Warto sobie przypomnieć, bo pamięć mamy dziś krótką: 2014 rok - Marcin Dołęga - trzykrotny mistrz świata - na dopingu. Nandrolon. Inna gwiazda polskich ciężarów - Marzena Karpińska - też nandrolon zażywała w 2012 roku. Przed Igrzyskami w Londynie. Później wpadła ponownie, ale już na klomifenie. Ale żeby nie było, to nie jest polska specjalność. Już w Rio z tego samego powodu nie wystartowała zawodniczka z Tajwanu. W latach 90-tych światowa federacja zmieniała limity wagowe kategorii, a to po to, by z tabel wywalić rekordy ustanowione "na wspomaganiu".

Walka trwała. Mówiło się o tym, że zawodnicy podczas kontroli antydopingowych do próbki oddawali mocz, który nosili przy sobie w woreczkach. Tak na wszelki wypadek. Mocz oczywiście oddawany w czasie, gdy sportowy "koks" akurat leżał na półce i czekał na użycie. 

Przez lata mówiło się o wielkim problemie dopingowym w popularnym przecież kolarstwie. Jakoś się za to zabrano. Na jaw wyszły historie nieprawdopodobne, straszne, a czasami i śmieszne - gdyby nie tragiczne. Podnoszenie ciężarów nie ma takiej siły medialnej. Interesujemy się nim rzadko. Na Igrzyskach, z powodu mistrzostw świata albo dopingowych afer. Nie ma impulsu, by zacząć poważne, zdecydowane zmiany, które powinny zamienić ruchu pozorowane.

Można odnieść wrażenie, że w tej dyscyplinie istnieje po prostu przyzwolenie na stosowanie dopingu. Że biorą niemal wszyscy, ale nie wszyscy dają się złapać. Może i tak jest. Może Tomasz i Adrian Zielińscy brali świadomi, a teraz udają idiotów mówiąc, że tylko idiota brałby tuż przed igrzyskami. Może czegoś w planie przygotowań nie dopracowali i powinęła im się noga.

Obu panów trzeba będzie traktować jak oszustów. Nawet jeśli o medale walczą z innymi oszustami. Warto jedynie pamiętać, że nie są czarnymi owcami w światku podnoszenia ciężarów, ale także "ofiarami" tego, jak działa ten system. Ofiarami świadomymi, co w żadnym razie ich nie tłumaczy. Na sport trzeba jednak patrzeć trzeźwo, a trzeźwość w spojrzeniu na podnoszenie ciężarów każe nam uczyć się nie tylko takich terminów, jak "podrzut" i "rwanie", ale i "nandrolon". Ciekawe, czy ktoś się za to zabierze i to zaora. Bo tę dyscyplinę trzeba chyba budować od nowa.