Perła modernistycznej architektury - Hala Stulecia we Wrocławiu i jej otoczenie to Twoje Niesamowite Miejsce w RMF FM. Kilka metrów pod ziemią zaglądamy do serca multimedialnej fontanny. Odwiedzamy także garderobę, w której odpoczywają największe gwiazdy i spacerujemy po wieńcu hali, tuż pod jej sklepieniem, by na koniec wdrapać się na dach unikatowego obiektu.

Kompleks Hali Stulecia /Maciej Kulczycki /PAP

Hala stulecia została zaprojektowana przez wybitnego architekta Maksa Berga i jest uznawana za jedno z największych dzieł architektury XX wieku. Przygotowania do jej budowy rozpoczęto w 1911 roku. Rok później obiekt, w stanie surowym, został przekazany miastu. Licząca 65 metrów rozpiętości kopuła Hali Stulecia była, tuż po zakończeniu budowy, największą na świecie. Obiekt uroczyście otwarto 20 maja 1913 roku. Częściami całego kompleksu są także licząca blisko hektar powierzchni fontanna multimedialna i centrum kongresowe. 

Serce fontanny

W fontannie nie ma obecnie wody. Rozpoczął się sezon zimowy. Trwają prace konserwacyjne i przygotowania do pokazów świetlnych. Na dnie fontanny zamontowanych jest blisko osiemset dysz. Każdą trzeba zabezpieczyć. Tuż przy jednej z krawędzi fontanny znajduje się niewielki właz. Za nim drabinka z kilkunastoma schodkami. Po zejściu trafiamy do serca jednej z atrakcji całego kompleksu.

W tym miejscu steruje się wszystkimi, bardzo skomplikowanymi mechanizmami. Są tu pompy, rury i przede wszystkim to, co powoduje, że wszystko razem harmonijnie współgra. To komputerowe serce fontanny, które działa z odpowiednim oprogramowaniem. Tych urządzeń jest bardzo dużo, zatem to pomieszczenie jest dość spore, choć niewidoczne z zewnątrz - mówi Agnieszka Kasprzyszak z Hali Stulecia.

Serce fontanny multimedialnej przy Hali Stulecia znajduje się tuż pod nią, dwa metry pod ziemią.

Salon gwiazd

Dziesięć tysięcy widzów może pomieścić w czasie koncertu wrocławska Hala Stulecia. Na artystów czeka jedenaście garderób, w tym ta najważniejsza, oznaczona napisem VIP.

Garderoba dla wyjątkowych gości znajduje się na uboczu, tylko pracownicy wiedzą, jak do niej trafić. Pomieszczenia znajdują się za niepozornymi drzwiami. Standardowe wyposażenie tego miejsca to wygodna sofa, fotele, stolik, stylowe lampy, telewizor i biurko. Przed wizytą gwiazd garderoba jest uzupełniania w przedmioty zamawiane przez artystów.

Specjalne zamówienia to różnego rodzaju owoce, herbaty z całego świata. To miejsce tak ukryte, że przeciętny uczestnik koncertu czy innego wydarzenia nie powinien tu trafić - mówi Kasprzyszak.

Garderoba jest schowana za widownią. Ma osobny, niewielki taras, z którego można podejrzeć, co się dzieje na widowni czy płycie głównej.

Wieniec Hali Stulecia

Szybko opuszczamy garderobę VIP, gdzie można się zrelaksować i przez widownię, dalej wąskimi schodami wspinamy się na szczyt hali. Trafiamy na wieniec okalający cały obiekt. Maksymalna szerokość wnętrza hali wynosi dziewięćdziesiąt pięć metrów. Tuż pod dachem znajduje się niewielki taras w formie pierścienia.

Mogą tam wejść tylko nieliczni, np. ekipy techniczne przygotowujące poszczególne wydarzenia. Na wąskim tarasie montowane są światła, to w tym miejscu specjaliści podczepiają elementy scenografii. Znajdują się tutaj również dziesiątki kilometrów przewodów sterujących oświetleniem czy nagłośnieniem. Spacerując po wieńcu hali z bliska można podziwiać rząd zabytkowych okien. Każde z nich ma blisko sto lat.


Widok z Hali Stulecia

Po wizycie na wieńcu hali, tuż pod dachem, wspinamy się dalej. Musimy pokonać kolejne stopnie na wąskiej, kręconej klatce schodowej. Na ich końcu znajduje się ciężki właz. To wejście na dach. Hala Stulecia ma czterdzieści dwa metry wysokości. Ze szczytu rozpościera się wspaniały widok na panoramę Wrocławia. W oddali widać Sky Tower, nieco bliżej zachwycają jesienne barwy Parku Szczytnickiego czy Pawilon Czterech Kopuł.

Na dach wchodzą tylko pracownicy hali, którzy w zimie muszą odśnieżać to miejsce. Cały rok trzeba dbać także o to, by wiatr nie uszkodził poszycia. Na pewno jest to widok niecodzienny. Wrażenie pozostaje na bardzo długo - przekonuje Agnieszka Kasprzyszak.

APA