Wyspy szczęśliwe to Skandynawia. Najwyższe miejsca na ONZ-etowskiej liście najszczęśliwszych narodów świata zajmują mieszkańcy krajów skandynawskich. Nie dziwi Was to? Wyjazd na Północ z Polski rzeczywiście oznacza przeniesienie się do krainy życia łatwiejszego i ogólnie przyjemniejszego. Ale na litość boską, przecież to na Południu, wśród gajów oliwnych i dostatku wina, ludzie cieszą się życiem, a w tej Skandynawii jest zimno i dość ciemno!

W opublikowanym niedawno przez OECD raporcie "Health At a Glance" w czołówce tabeli ilustrującej użycie leków antydepresyjnych są Islandia, Dania, Finlandia i Szwecja /Dominic Lipinski/PA /PAP

W sporządzonym przez jedną z agend ONZ zestawieniu "World Happiness Index" cztery skandynawskie kraje stanowią razem ze Szwajcarią pierwszą piątkę, a piąte skandynawskie państwo również mieści się w pierwszej dziesiątce listy. Podobne wyniki przynoszą zresztą inne międzynarodowe porównania stanu szczęśliwości narodów. Kraje skandynawskie rzeczywiście mają bardzo wysoki dochód narodowy i niebudzącą społecznych napięć równomierną dystrybucję bogactwa, a do tego nieskorumpowaną administrację, która zapewnia wyjątkowe wsparcie społeczne, a także dobrą służbę zdrowia, edukację, zadbane środowisko naturalne i ładną architekturę.

Pomiary szczęśliwości nie powinny pozostawiać wątpliwości. Jednak we mnie pewne wątpliwości pozostają. To roztańczeni Latynosi albo wyluzowani smakosze z Włoch mają być mniej szczęśliwi niż milczący wikingowie z Norwegii czy siedzący po lasach Finowie? Owszem, mają pensje dziesięć razy większe od polskich, mają życzliwe państwo, myślące za obywatela, oraz żółwi ruch drogowy i takąż średnią długość życia. No i nie po to tęgie głowy sławnych ekonomistów stworzyły algorytmy i przeliczyły szczęście na współczynniki, żeby im zaburzać rachunki obiegowymi opiniami o radości płynącej z rozprężenia, słońca i zabawy oraz stereotypami milczącego skandynawskiego alkoholika czekającego miesiącami, aż skończy się polarna noc.

Kiedy się tak nad tym zastanawiałem, przypomniałem sobie inny raport, opublikowany niedawno przez OECD "Health At a Glance". W tym statystycznym opisie służby zdrowia na świecie figuruje tabela ilustrująca użycie leków antydepresyjnych. Zgadnijcie, kto jest w czołówce. No właśnie! Dania, Finlandia, Szwecja, a na samej górze Islandia, której mieszkańcy ewidentnie łykają środki antydepresyjne w ilościach hurtowych. Na tysiąc mieszkańców wyspy wulkanów codziennie stu dwudziestu jest na lekach przeciwko smutkowi.

Powszechność stosowania leków antydepresyjnych w Skandynawii może po części wynikać ze wspomnianej doskonałej opieki medycznej albo z faktu, że otoczenie szczęśliwych ludzi czyni nawet niespecjalnie nieszczęśliwych wyjątkowo nieszczęśliwymi. Jednak liczby są miażdżące. Skandynawskie spożycie leków antydepresyjnych jest kilka, kilkanaście razy większe niż np. w Chile - kraju wysoko rozwiniętym, gdzie lekarze zapewne nie mają kłopotu z diagnozowaniem depresji. Kto wie, jakie byłyby wyniki badania, gdyby odebrać Skandynawom lekarstwa. Ekonomistom z ONZ proponuję zatem wprowadzić do rachunków współczynnik serotoninowy.

I jeszcze jedno. My Polacy jesteśmy według zestawienia ONZ mniej szczęśliwi niż Rosjanie, którzy są znani z dość powszechnego zwyczaju zapijania się na śmierć - i to mimo że bierzemy dwa razy więcej leków na depresję niż na początku wieku. W dodatku nigdzie na świecie - wyjąwszy kraje tonące w nędzy albo wojnie - nie ma tak nieszczęśliwych nastolatków. Co się dzieje? Przecież to podobno całkiem przyjemny kraj.