Biorąc pod uwagę horrendalne pieniądze wydawane na oscarowe promocje, kreacje i kolacje, statuetki to żenująca taniocha. Posążek kosztuje podobno kilkaset dolarów, mniej więcej tyle, co odpowiadający wielkości monety skrawek sukni pierwszoplanowej gwiazdy albo niecała setna sekundy reklamy nadawanej w telewizji w przerwie transmisji z gali.

Dekoracyjne repliki Oscarów /PAP/EPA/Mike Nelson /PAP/EPA

Statuetka Oscara to złoty bożek przemysłu filmowego. Ten totem przekłada się bowiem na niewymierne: sławę, prestiż i uznanie, ale przede wszystkim na wymierne zyski dla wytwórni, reżyserów i aktorów. Według szacunków amerykańskiej prasy, ci ostatni po uzyskaniu Oscara dostają za kontrakt o 20 proc. więcej, co w przypadku największych gwiazd przekłada się na miliony dolarów. Oscar winduje też wpływy z biletów za nagrodzony film, a tu chodzi już o dziesiątki milionów.

Uzyskanie nagrody nie jest proste, bo aby osiągnąć zysk, najpierw trzeba w przedsięwzięcie zainwestować, czyli przekonać członków Akademii Filmowej, że dzieło jest... arcydziełem. Mówi się, że na kampanie reklamujące czołowe filmy co roku wydaje się około 100 milionów dolarów, na czym korzystają agencje PR, media i eksperci. 

Koszt organizacji samej oscarowej gali szacuje się na 40 milionów dolarów, z czego sławny czerwony dywan to skromne 30 tysięcy, a gaża prowadzącego imprezę Jimmy`ego Kimmela to marne pół dywanu.

Najbardziej absurdalne kwoty amerykańska prasa przytacza opisując koszty garderoby i biżuterii aktorek. Trudno w to uwierzyć, ale przeciętna kreacja kosztuje jakoby ponad milion dolarów. Początkujące aktoreczki muszą się zadowolić łachmanami i błyskotkami za 200 tysięcy, a najsławniejsze gwiazdy błyszczą w kreacjach od kreatorów za nawet 10 milionów dolarów, przy czym dwa - trzy dni po gali, w butikach można kupić na pierwszy rzut oka identyczne kiecki za kilkaset dolarów.

Mężczyźni mogą zatem zaoszczędzić na garniturach i w ogóle pozostają nieco w tle na gali, jak i przed telewizorami. Wśród 40 mln amerykańskich telewidzów, rozdanie śledzi dwa razy więcej pań niż panów. Dlatego też reklamy (2 miliony dolarów za pół minuty), skierowane są głównie do dam i tak jest zapewne we wszystkich ponad 200 krajach i terytoriach, gdzie transmituje się uroczystość.

Po uroczystości goście jadą na przyjęcia. Najbardziej skórę zdziera "Vanity Fair", tam za podwójne zaproszenie płaci się ponad 100 tysięcy dolarów.

Pomyśleć, że kilka sekund bycia na takiej kolacji kosztuje tyle, ile bilet do kina.