Jeśli ktoś ma zamiar przyjechać w wakacje do Krakowa, choćby na kilka dni, warto wybrać się do Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego przy… ul. Jagiellońskiej. Wystarczy, będąc na Rynku, zapytać przechodniów o budynek Collegium Maius. Do 21 sierpnia w salach na dole, przy dziedzińcu, można podziwiać piękne, archiwalne fotografie grodu Kraka autorstwa dwóch zupełnie różnych, choć znakomitych fotografów: Antoniego Pawlikowskiego i Franciszka Kleina. A także zrekonstruowany zakład fotograficzny tego pierwszego, pokazujący znakomicie klimat epoki bez fotografii cyfrowej, selfie i „fotek” robionych telefonem na zawołanie.

W tamtych czasach zrobienie dobrej fotografii wymagało naprawdę solidnych umiejętności i talentu. W kulturze obrazu i dobie Internetu, nasyconego treściami wizualnymi, wystawa "Krakowskie wariacje" wprowadza nas w inny świat - pełen spokoju i zadumy nad pięknem miasta. Zgromadzone fotografie z jednej strony ukazują niezmienny charakter Krakowa - mnóstwo domów, kamienic i miejsc, które prawie się nie zmieniły przez 100 lat. Z drugiej, fotografie są też świadectwem konkretnej epoki historycznej. Stroje, wystrój wnętrz samochody... Urok malutkich sklepików. Takie same pozostały krakowskie gołębie, dokarmiane przez mieszkańców i turystów.

O wystawę zapytałam panią Grażynę Grzechnik-Correale, jej kustosza, a zarazem kustosza Muzeum. Byli to dwaj fotografowie, którzy działali w Krakowie na początku XX wieku, mnie więcej w tym samym czasie - opowiada. Pawlikowski był zawodowym fotografem, Klein - historykiem sztuki. Fotografie traktował jak hobby... Czasem wykorzystywał je w swoich publikacjach naukowych. Pawlikowski miał zakład fotograficzny przy ul. św. Jana. Poza robieniem fotografii na zamówienie, w tym portretów, współpracował z wieloma ówczesnymi dziennikami i czasopismami jako fotoreporter - dodaje. 

A skąd pomysł na ich wystawę? Kustosz wyjaśnia, że prace obu fotografów były już pokazywane. Była wystawa poświęcona Rynkowi krakowskiemu, a także "Kraków w sepii i w kolorze". Nie były to wystawy monograficzne. Ta jest największa. Wydaliśmy też katalog, który towarzyszy wystawie. Znalazło się w nim dużo więcej zdjęć niż można obejrzeć w Collegium Maius - mówi.

Wystawa została pomyślana jako "zderzenie" komplementarnych, artystycznych wrażliwości. Pawlikowski preferował pokazywanie "czystego piękna miasta", jego architektury, placów i ulic. Robił zdjęcia wcześnie rano, kiedy na ulicach nikogo nie było. Mógł długo ustawiać sprzęt, czekając na dobre światło. Szukał perfekcyjnych ujęć. Klein inaczej - kochał tempo codziennego życia miasta, chciał oddać spontaniczność ludzi i drobne wydarzenia pozornie bez znaczenia. Na jego zdjęciach widać przypadkowych przechodniów, nieoczekiwane uliczne scenki, przejeżdżające pojazdy. Różny charakter stylów fotografów uderza mimo zabiegu, który miał je poniekąd ujednolicić. Na wystawie wszystkie fotografie mają ten sam kolor - sepii. Czemu sepia? - zaczęłam się zastanawiać... Zadałam to pytanie Kazimierzowi Kozinie, fotografowi i jednemu z twórców wystawy.

Pomysł na sepię był wspólny, Grażyny i mój - tłumaczy. Stare fotografie najczęściej kojarzą się z kolorem sepii. Uznaliśmy, że dzięki jej wprowadzeniu zdjęcia wydadzą się bardziej naturalne. Chodziło też o to, żeby zdjęcia nie wyglądały jak nowe. Nad starymi, szklanymi kliszami pracowało sporo osób. Pracownia konserwatorska musiała je oczyścić, czasem "odgrzybić". Niektóre klisze były połamane. Przywracanie jakości fotografii to bardzo skomplikowany proces - tłumaczy. Mamy w zbiorach Muzeum ponad 40 tys. starych klisz, to praca na lata - dodaje. 

Warto przejść się do muzeum, żeby dostrzec klimat i urok Krakowa sprzed lat. Fotografia jest formą sztuki. Coraz większa dostępność aparatów fotograficznych i możliwość samodzielnego pstryknięcia sobie zdjęcia nie są w stanie tego zmienić. Wystawa spodoba się również Krakusom, dumnym z miasta, które było i jest wyjątkowe.