Zakaz noszenia przez muzułmanki stroju plażowego zakrywającego ciało, jaki wprowadzono w niektórych miastach we Francji, od razu wzbudzał kontrowersje. Po interwencji patrolu policji na plaży w Nicei, który zmusił kobietę do zdjęcia tuniki (burkini składała się z legginsów, tuniki i chusty) sprawa trafiła na czołówki gazet w Europie. Kolejna kobieta, tym razem w Cannes, otrzymała mandat w wysokości 38 euro, gdyż nie miała stroju "szanującego dobre obyczaje i sekularyzm". Trudno się dziwić strachowi ludzi, którzy byli świadkami bestialskich zamachów. Tylko czy penalizacja noszenia burkini prowadząca do zakazu wstępu na plażę muzułmańskim kobietom ocali czyjeś życie? Sytuacja nabiera znamion absurdu.

Kobiety w burkini na plaży we Francji / Abaca /PAP/EPA

W piątek po południu Anna Sosnowska, redaktor naczelna portalu Aleteia Polska (który wywodzi się z Francji) podała sensacyjną informację. Rudy Salles, zastępca mera Nicei, odpowiadając na pytanie dziennikarza w czasie audycji w BBC Radio 4, zakaz rozciągnął na... chrześcijańskie habity zakonne. W imię laickości kobiety mogą nosić pewne ubrania w miejscach kultu lub w domu, ale nie w miejscach publicznych - uważa Salles. Siostry też muszą się rozebrać, żeby zamoczyć stopy w wodzie. Jak wszyscy, to wszyscy! Habit nie wynika z restrykcyjnych zakazów religijnych dotyczących kobiet. Jest znakiem wyboru, rezygnacji ze stroju typowego dla ulic, basenów i plaż. Nie każdy ma do niego prawo. Po wstąpieniu do klasztoru następuje okres rozeznawania powołania. Trzeba przekonać do siebie przełożonych, a potem - bardzo często - bezinteresownie służy się chorym, cierpiącym i samotnym. Teraz habit skojarzył się komuś z burkini, burkini z religią, religia z terroryzmem.

Także w piątek (26 sierpnia) Rada Stanu, najwyższy organ sądownictwa administracyjnego we Francji, zawiesiła zakaz wydany przez władze kurortu Villeneuve-Loubet na Lazurowym Wybrzeżu. Nie ma zgody, czy decyzja obejmuje wszystkie miejscowości (około 30 kurortów z plażami), czy tylko tę jedną. Wątpliwości rozwieje wyrok, ale do czasu jego ogłoszenia wiele się zdarzy. W całym zamieszaniu umyka paradoks, który pokazuje w nowym świetle kłopoty Francji, do niedawna tak otwartej na imigrantów.

Burkini wymyśliła Aheda Zanetti, Libanka mieszkająca w Australii. Liban jest ciekawy. To kraj demokratyczny (historycznie związany z Francją) i wielowyznaniowy - na 4 mln obywateli składają się członkowie 14 wyznań chrześcijańskich i 4 muzułmańskich. Niemal drugie tyle przebywa na emigracji. Najciekawszym wątkiem wydaje się być jednak Australia, bo każdy, kto choć trochę zna ten model integracji, mocno się dziwi. W kontekście australijskim widać, że wielokulturowość to termin niejednoznaczny. Powszechna laickość uważana za obywatelskie spoiwo różnorodności we Francji to ewenement i jakoś się nie sprawdza.

Dr hab. Jan Lecznarowicz twierdzi, że jeszcze w połowie XX w. Australia była krajem dość homogenicznym. Po II wojnie światowej szybko zaludniano tereny, aby ratować gospodarkę. Według danych z 2002 r. przybyło tam 6 mln imigrantów z 200 krajów. Liczba ludności wynosi nieco ponad 23 mln. Językiem urzędowym jest angielski, ale bardzo rozpowszechnione są też włoski, grecki, arabski, wietnamski. Nowa sytuacja wymusiła planowy program integracji, w który ogromny wkład miał polski uczony, prof. Jerzy Zubrzycki. Po procesie uczenia się na błędach związanych z nieudaną asymilacją grup etnicznych i religijnych, gettoizacją, udało się wypracować model wspólnoty, w którym różnice bardziej łączą, niż dzielą. Mieszkają tam ateiści, chrześcijanie, buddyści, konfucjaniści, muzułmanie... Patriotyzm ma charakter obywatelski, a nie etniczny czy religijny, jak np. w Polsce. Religie pozostają jednak ważnym czynnikiem tożsamości grup.

Burkini została pomyślana jako wygodny, lekki strój, który umożliwia zwyczajne dla nas rodzaje aktywności. Plażowanie jest jedną z nich. Projektantka ostro krytykuje zakaz. Może sprawa z burkini da do myślenia? W końcu nikt nie rozumie siły mody tak, jak Francuzi.

Większość polskich komentatorów nie zna ani specyfiki Francji, ani Australii. Francja jest postrzegana jako "były kraj katolicki", antyprzykład i zło wcielone. O Australii wiadomo tyle, że żyją tam kangury. Szkoda, bo gdybyśmy sami pięknie się różnili, polska sfera publiczna dużo by na tym zyskała. Homogeniczność może być bardziej ograniczająca, niż wielokulturowość.