Od dawna mam krytyczny stosunek do aktywności medialnej Pawła Pawlikowskiego, ale nie miałbym nic przeciwko temu, żeby jego "Zimna wojna" zdobyła w Cannes Złotą Palmę. Jedyne, czego się trochę obawiam, to medialny i internetowy jazgot, który może nadejść później i trwać baaaaaaardzo, baaaaaaardzo długo.

Paweł Pawlikowski w Cannes /Luo Huanhuan /PAP/Photoshot

Gdy w 2013 roku nagrywałem rozmowę z Agatą Trzebuchowską - Idą z poprzedniego filmu Pawła Pawlikowskiego - zapytałem ją - niejako z obowiązku - o różnego rodzaju zarzuty dotyczące tego obrazu. W tamtym czasie były one dość marginalne i w życiu nie pomyślałbym, że to się zmieni, a tym bardziej przemieni w polityczno-publicystyczno-hejterską telenowelę, która ciągnie się z różną intensywnością właściwie do tej pory.

Uważam, że to jest film, który można odrzucić. On dzieli - jak każdy inny. Ale oskarżenia o antysemityzm i nie tylko - słyszałam, że ten film jest antykatolicki - są dla mnie absurdalne. Co to znaczy? To nie jest film o Żydach czy katolikach, tylko o dwóch postaciach, które są uwikłane w różne konteksty. To jest ich historia - nie Żydów czy Polaków. Nie lubię takiego upraszczającego upolityczniania - mówiła mi Trzebuchowska. To nie jest film rozliczający się z historią. To jest film o dwóch postaciach uwikłanych w historię. Trzeba umieć to rozróżniać - podkreślała. Proste? Teoretycznie tak. Ale wszyscy pamiętamy, jak potoczyła się historia odbioru tego filmu.

Nigdy nie byłem przeciwnikiem krytykowania Pawlikowskiego i jego kolegów po fachu za sprawy czysto filmowe czy - delikatnie rzecz biorąc - mało fortunne i czasami nieprzemyślane wypowiedzi. Ale mieszanie jednego z drugim, nadinterpretowanie, doszukiwanie się we wszystkim drugiego, siódmego i trzynastego dna i toczenie potem niekończących się medialnych bojów nie bardzo wiadomo o co jest czymś, czego nie umiem zrozumieć i zaakceptować. A niestety mam podejrzenie graniczące z pewnością - pokazuje to chociażby historia z nieszczęsną depeszą AFP - że może nas czekać powtórka z wątpliwej rozrywki. Po co? W imię czego?


Polska premiera "Zimnej wojny" już niedługo. Jednak pewnie jeszcze przed nią - niezależnie od decyzji jurorów w Cannes - rozpoczną się spekulacje, dywagacje, interpretacje i nadinterpretacje. Choćby dotyczące tego, czy film ma szansę stać się oficjalnym polskim kandydatem do Oscara. Co na to Piotr Gliński i nowy szef PISF Radosław Śmigulski? Jak o ewentualnych sukcesach filmu będą (jeśli będą) mówić media publiczne? Czy Polska Fundacja Narodowa włączy się w promocję czy może będzie protestować równie zaciekle, jak jeden z jej szefów Maciej Świrski robił to w przypadku "Idy"? Co dalej z niesławnymi "czarnymi listami"? To tylko kilka wątków, których pojawienia się w debacie publicznej można być praktycznie pewnym. I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, samo dzieło filmowe zejdzie najprawdopodobniej na plan dalszy i stanie się tylko pretekstem do polsko-polskiego młotkowania się.

Nie chcę snuć teorii spiskowych i spekulować, komu służą takie historie/histerie (niepotrzebne skreślić). Jedno jest pewne - rozdmuchiwanie ich do monstrualnych rozmiarów, poświęcanie im miejsca i czasu, mnożenie kolejnych manifestów i komentarzy do komentarzy nie świadczy najlepiej o mediach i dziennikarzach wszystkich opcji. Pokazuje, że albo nie chcemy, albo nie umiemy rozmawiać o kinie. To w sumie smutne, biorąc pod uwagę choćby dziedzictwo polskiej szkoły filmowej, a także całkiem ciekawą i różnorodną teraźniejszość. Oczywiście nie ma wątpliwości, że dyskusja na jakimś poziomie wymaga większej erudycji i dyscypliny intelektualnej niż postpolityczne i postdziennikarskie bicie piany.

Twórcom "Zimnej wojny" szczerze życzę sukcesów, a kolegom dziennikarzom szerokopasmowego dostępu do zdrowego rozsądku i umiaru. To jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Kłócimy się i nawalamy o tak wiele rzeczy, że może już wystarczy. O kinie rozmawiajmy - przynajmniej próbujmy. To jest w nim właśnie fajne, że prowokuje do rozmowy.