Argentyńska charyzma i hiszpańska inkwizycja, czyli subiektywny przegląd blogosfery

Sobota, 23 marca 2013 (08:33)

Jakkolwiek odważnie by to nie brzmiało, trzeba powiedzieć wprost: duch w narodzie nie ginie. Ostatnie dni pokazały bardzo wyraźnie, że są momenty i sytuacje, w których ideologiczne podziały tracą na znaczeniu, a ludzie z prawej, lewej, a nawet ci całkiem niezorientowani, mówią jednym głosem. Co ważne, nie trzeba do tego tragedii czy sytuacji podbramkowej.

Mijający tydzień, zresztą, tak jak i poprzedni, należał w dużej mierze do papieża Franciszka. Następca Benedykta XVI zwracał na siebie uwagę nie tylko każdym najdrobniejszym posunięciem, ale także tym, czego nie mówił, nie robił, z jakich watykańskich tradycji już się wyłamał, a z jakich wyłamać się jeszcze może. "Na litość! Czy tak już będzie do końca tego pontyfikatu? Czy Benedykt XVI nie używał telefonu i nie kontaktował się ze swoimi znajomymi?" - denerwował się bloger Przemysław Radzyński. Zaproponował też, by przez szacunek dla Franciszka spuścić nieco z tonu i powstrzymać lawinę egzaltacji i niezdrowego podniecenia. "Przez kilka dni przekonaliśmy się dobitnie, że papież też człowiek. I my bądźmy ludźmi!" - napisał.

Apogeum zainteresowania biskupem Rzymu mogliśmy obserwować przy okazji uroczystej inauguracji jego pontyfikatu. Lawina komentarzy i pytań, które wtedy się pojawiły, pokazała bardzo wyraźnie, jak wielkie nadzieje wiązane są z pierwszym jezuitą na Tronie Piotrowym.

"Czy ten niezwykły człowiek uratuje Kościół?" - pytał po inauguracyjnej Mszy bloger i katolicki publicysta Damian Thompson. Przyznał, że nowy papież przypomina mu energicznego proboszcza. "On nie należy do księży, którzy przekształcają przedpołudniową Mszę w swój prywatny show. Jest raczej z tych, którzy krótką i ostrą homilią potrafią sprawdzić, że człowiek nie czuje się dobrze ze swoim egoizmem" - podkreślił. Dodał, że bardziej od szeroko dyskutowanego stosunku do Mszy trydenckiej interesuje go przesłanie papieża z Argentyny, przedstawione w niespotykany do tej pory sposób. "Chodzi o to, że nie Bóg jest zmęczony przebaczaniem nam, ale my jesteśmy zmęczeni proszeniem go o to" - tłumaczył Brytyjczyk. Zwrócił też uwagę na sygnalizowaną przez Franciszka wagę pomocy potrzebującym. "Jemu chodzi o konkret, zakasanie rękawów i wzięcie się do roboty, a nie podpisanie kolejnej internetowej petycji przeciwko jakimś nowym przepisom" - zaznaczył.

O poważne potraktowanie papieża prosił też Przemysław Śliwiński - jeden z najbardziej aktywnych i popularnych polskich księży na Twitterze. Co ważne, zrobił to krótko, jasno i w sposób, który zapada w pamięć. "W pewnym momencie papież nas zaskoczy. Jak zachowają się wtedy media, które będą przyzwyczajone do buona sera? Papież zacznie wymagać" - ostrzegł taktownie.

Arabska wiosna

Papież papieżem, Watykan Watykanem, ale dobra awanturka nie jest zła. To założenie przyświecające działalności wielu polskich posłów doczekało się w tym tygodniu brawurowej realizacji. Miejscem akcji był polski Sejm. Główny bohater to Tomasz Arabski, ambasador in spe, coraz bliższy objęcia placówki w Hiszpanii. Nie zanosi się na to, by cokolwiek mogło go od tego odwieść. Jedno jest jednak pewne - to nie będzie życie jak w Madrycie.

"Posłowie PiS-u wespół z kolegami z Solidarnej Polski obwiniają Arabskiego o zamach smoleński, choć ani nie było zamachu, ani Arabskiemu póki co nie udowodniono żadnych zaniedbań" - pisał na swoim blogu krakowski poseł Ruchu Palikota Łukasz Gibała. Oskarżył też prawicę o wysuwanie argumentów "z - arabskich nomen omen - baśni z tysiąca i jednej nocy", ale jednocześnie zgodził się z tym, że Arabski to kandydat kontrowersyjny. "Nie ma - mimo szukania go na siłę przez Sikorskiego - doświadczenia w dyplomacji. Nie ma też wykształcenia, które by go do tej funkcji szczególnie predysponowało - skończył inżynierię dźwięku na Politechnice Gdańskiej" - podkreślił. "Stanowiska w dyplomacji to nie zbiór potencjalnych politycznych synekur. Nie służą do tego, żeby premier mógł nimi kogoś nagradzać albo wysyłać na polityczną emeryturę" - dodał z nutką idealizmu.

Na inny dyskusyjny aspekt ambasadorskiej nominacji dla byłego szefa kancelarii premiera zwróciła uwagę blogerka ukrywająca się pod nickiem saa-saa. W tekście "Arabski oskarżony politycznie" pozwoliła sobie na wytknięcie Platformie znaczącej niekonsekwencji. "Broniący Arabskiego koledzy mówili, ze jest on 'oskarżony politycznie'. Zatem nie ma podstaw, by odrzucać jego kandydaturę na ambasadora. Dziwnie to się ma do historii o stawianiu Zbiory i Kaczyńskiego przed Trybunał Stanu. To także oskarżenie polityczne. Z tym, ze rezultatem miął być zakaz pełnienia funkcji publicznych" - przypomniała. Można by się zastanawiać nad tym, czy istnieje jakiś racjonalny argument, który pozwala na podważenie jej rozumowania. Można by, ale chyba nie warto. Trudno powiem nie odnieść wrażenia, że w całym zamieszaniu chodziło nie o merytoryczną dyskusję, ale o coś zupełnie innego.

"Komisja spraw zagranicznych. Prezentuje się Arabski Wygnaniec" - ironizował na Twitterze były minister transportu Jerzy Polaczek. "Przy tym pytaniu raz bladł, raz krew napływała mu do twarzy. Nie wiedział gdzie patrzeć i co zrobić z rękami. Bał się" - relacjonował w konwencji filmu sensacyjnego jego partyjny kolega Stanisław Pięta, znany szerszej publiczności z wypowiedzi o pepeszy jako narzędziu rozwiązywania problemów społecznych. Napięcie rosło razem z kalibrem rzucanych oskarżeń. "Arabski nie nadaje sie na ambasadora. A ci, co go teraz przepytują, nie nadają się na przepytujących" - punktował europoseł Marek Migalski. Inni wskazywali, że z oskarżeniami prawie kryminalnymi przeplatają się niewinne pytania, jak np. "Czy będzie pan prowadził bloga?". Nietrudno było się w tym wszystkim zgubić. Dał temu wyraz nasz redakcyjny kolega Tomasz Skory, pytając w pewnym momencie: "To Arabski jest też matką Madzi?"Posłowie uczestniczący w posiedzeniu komisji nie podchwycili tej myśli - szkoda. Ale trudno im się dziwić. Kiedy uczestniczy się w czymś, co przypomina posiedzenie hiszpańskiej inkwizycji sportretowane w legendarnym skeczu Latającego Cyrku Monthy Pythona, można nie znaleźć czasu na wizyty na Twitterze. W końcu siedzenie w sieci i zastawianie sieci jednocześnie to trochę za dużo...

Bezpartyjny front zażenowanych

Chyba wszyscy po cichu liczyli na to, że skoro na pogodę nie ma co liczyć, to przynajmniej sportowo weekend rozpocznie się z pompą. Wszystko miało się udać. "Jako nowy operator #stadionnarodowy mamy takie powiedzonko: "temat dachu jest zamknięty, a temat basenu - wyschnięty":)" - zapewniał na Twitterze Mikołaj Piotrowski, rzecznik spółki PL.2012. "Osobiście będę się przyglądał pracy sędziów #PolskaUkraina" - "ćwierkał" minister sprawiedliwości Jarosław Gowin. Inicjatywa szlachetna i godna odnotowania, ale niestety nie pomogła. Były szanse, były nadzieje... Szkoda. Trudno tę sprawę komentować, a jeszcze trudniej tego nie robić.

Już w pierwszych minutach spotkania na Twitterze zawiązało się komentatorskie porozumienie ponad podziałami. "To żart?" - pytał po drugiej bramce dla Ukrainy rzecznik PSL Krzysztof Kosiński. "Nie wierzę" - deklarowała Sylwia Ługowska, jeden ze słynnych aniołków Prezesa. "Jak w ciągu 7 minut tracimy dwie bramki, to aż strach pomyśleć, co będzie dalej" - zauważył przytomnie Dariusz Joński z SLD. "No, to trzeba przełączyć na jakiś dobry film" - sugerował bloger Azrael.

Po pierwszych 45 minutach gry w komentarzach mniej było stonowania, a więcej złośliwości ironii, czy po prostu zażenowania. Niektórzy postanowili nie zadowalać się półśrodkami i szukali dosyć brutalnych recept. "Wpuścić Starucha do szatni!" - proponował Tomasz Analityk. "Rząd do dymisji?" - pytał Paweł Czapski. Himalaje innowacyjności zdobył znany z komisji Millera Maciej Lasek. "Jak nam nie będzie wychodziło z tą piłką, to może ze stadionów zrobić porty lotnicze dla.... sterowców. Pół roku temu widziałem tam balon" - stwierdził.

Z każdą kolejną minutą przybywało też przytyków pod adresem "trzech przyjaciół z Borusssii". Najbardziej dostało się oczywiście Robertowi Lewandowskiemu. Złośliwi internauci wypominali mu słynną kwestię z reklamy: "Jeszcze jeden taki numer i z Wami nie gram". "Oszczędza gole na Ligę Mistrzów i Borussię" - sugerowali inni. Okazało się jednak, że prawo, a ściślej mówiąc minister sprawiedliwości jest po stronie "Lewego". Jarosław Gowin mimo mizerii na boisku nie tracił cierpliwości i humoru. "W sprawie faulu na Lewandowskim domagałbym się dostępu do akt;-)" - rzucił w pewnym momencie z uśmiechem. Zupełnie inaczej do sprawy podeszła rzeczniczka jego resortu Patrycja Loose. "Niestety, oprócz sędziów, na boisku są tez piłkarze....  Skończy się jak zawsze :((( cieszę się, że swój bilet przekazałam tacie!" - pisała.

 Po ostatnim gwizdku twitterowa społeczność została sama z serią fundamentalnych pytań. Jak żyć? Jak grać? Co robić? Na szczęście szybko zareagował - @KomorowskiPL - niekwestionowany mistrz w tłumaczeniu internautom meandrów rzeczywistości. "Żądali 4:0, ale się dogadałem. Janukowycz podpisał wszystko. Lwów nasz! #negocjacje #mecz #mundial #fortel" - ogłosił. Czyli jednak nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać.

Artykuł pochodzi z kategorii: Maciej Nycz - blog

Maciej Nycz