Kazimierz Świtoń, Marian Jurczyk, Józef Oleksy, Edmund Bałuka, Hipolit Starszak - to tylko "dorobek" Panny z kosą z ostatnich czterech tygodni. Zmarli ludzie, którzy jakoś tam zapisali się w polskiej historii ostatnich kilkudziesięciu lat. Ale to wykaz i tak niepełny. Śledząc nekrologi w tym czasie (wnuczek do dziadka: - Znowu siedzisz na tym swoim Facebooku) widzę, jak umiera pokolenie II wojny światowej i pierwszych lat odbudowy kraju. To naturalne, to Ich czas. Za chwilę przyjdzie czas na pokolenie przełomu 89. Moje pokolenie.

Dlaczego o tym piszę? Bo oto umiera kawałek polskiej, prawdziwej historii. Odchodzą ludzie, którzy byli po różnych - uprawnionych z punktu widzenia dziejów - stronach polskiej polityki. Każdy z nich jakoś współkreował  tę Polskę, która realnie istniała, obojętnie czy  zwalczał istniejący reżim czy też go wspierał. Każdy z nich był świadkiem lub  współtwórcą polityki, która przyniosła nam obecną rzeczywistość. Obojętnie jak ją oceniamy. Każdy z nich zabrał do grobu jakiś kawałek prawdy o naszej historii. Oczywiście subiektywnej, ale to materiał, bez którego - jak pokazał wybitny polski socjolog Józef Chałasiński - nie da się pisać prawdziwej historii narodu.

Za komuny istniała instytucja, która nazywała się Zakładem Historii Ruchu Robotniczego (lub jakoś podobnie). Wołano do tego Zakładu działaczy ruchu robotniczego i spisywano ich wspomnienia. Oczywiście, ówczesna władza dość selektywnie wykorzystywała te materiały, ale one dziś są i mogą być wykorzystane w zgodzie z regułami nauki obowiązującymi w wolnym, demokratycznym kraju.

Co chwilę też urządzano konkursy pamiętnikarskie, a to dla robotników, a to dla kobiet lub budowniczych Nowej Huty, aby zebrać te osobiste świadectwa i na ich podstawie budować historię Polski. Bo historia państwa i narodu to nie opowieść o tym, jak Józek wygryzł Franka, tylko o tym jak żyli ludzie, z czym się zmagali, o czym marzyli i czy mogli spełnić te marzenia. To nie historia funkcjonariuszy publicznych, lecz historia ludzi i grup społecznych, którzy coś pożytecznego dla kraju zrobili.

Brakuje mi takiej instytucji. Wiem, że czasy są inne. Ale polska historia nadal jest pisana jako historia zinstytucjonalizowanych elit politycznych, a nie historia społeczeństwa. Jako narzędzie "polityki historycznej", a nie budowy tożsamości społecznej i narodowej. Nie dziwny się zatem, że wielu Polaków nie identyfikuje się ze swoim państwem, bo tę jego historię mają w nosie. Bo jak patrzą dalej w przeszłość, to są przekonani,  że historia Rzeczypospolitej to nie ich historia. Bo cóż mają wspólnego z dziejami królów i magnatów  (z których większość było bałwanami), kiedy ich korzenie są pańszczyźniane.

A dziejów tych ludzi, których nazwiska wymieniłem na początku tego felietonu, nikt nie upowszechnia. Nawet ich prawdziwe życiorysy są po śmierci dopasowywane do wymogów chwili obecnej. Ale jak się w nie wczytamy, to w nich jest kawałek Polski, a nie w historii najzacniejszych nawet magnackich rodów.