Ukraina przeżywa dziś najtrudniejszy od 1991 roku kryzys. To widać, to banał. Gdybyśmy spróbowali zastanowić się dlaczego, to przyczyn jest wiele. Piszą o nich w gazetach i na blogach. Ja chciałbym wskazać na jedną, która moim zdaniem jest pomijana, a może być istotna. To sposób wychodzenia krajów byłego ZSRR z komunizmu.

Pomijam fakt, że zostało to wymuszone przez rzeczywiste irredenty poszczególnych republik, że tak naprawdę nie mieli ówcześni politycy żadnego wyjścia. Zakładano wtedy, że istniejący w poszczególnych republikach sojusz aparatu byłej partii komunistycznej z aparatem przemocy i elitami gospodarki narodowej będzie czynnikiem stabilizującym nowo powstałe republiki. Całą resztę: wprowadzenie rzeczywistej, a nie formalnej demokracji, sensowne odejście od zbiurokratyzowanej gospodarki, przekształcenia świadomości społecznej odłożono na później.

Na początku to się udawało. Dopóki na Kremlu rządził Jelcyn, w Kijowie Krawczuk, a w Mińsku Suszkiewicz, wydawało się, że sprawy idą w dobrą stronę. Ale potem rozwój sytuacji poszedł w dwóch kierunkach. Mniejsze republiki (zwłaszcza azjatyckie) przekształciły się w satrapie. Rozpoczęły się rządy klanów, a formalna demokracja legitymizowała w istocie politykę kooptacji kadrowej. Model rządów "sojuszu elit" biznesu, administracji i służb mundurowych umocnił się na tyle, że zapewnia on w tych krajach stabilizację polityczną i jakiś, minimalny zresztą z punktu widzenia obywateli, postęp gospodarczy. Najwyraźniej widać to na Białorusi.

W innym kierunku (choć zerkając zazdrośnie na Azję) poszła Rosja i Ukraina. Tam pierwsza generacja przywódców po 1991 roku rozumiała, że musi przyjąć jakieś formuły demokratyczne i komuś przekazać władzę. Oczywiście w ramach sojuszu aparatu administracji, biznesu i sił mundurowych. Pojawiło się więc nowe pokolenie reprezentantów tego sojuszu i ono tę władzę przejęło. Ton nadawał Putin. To w Rosji rozpoczęto przebudowę tego sojuszu poprzez umacnianie sektora biznesowego (ale tylko w ramach tego sojuszu - patrz przykład Chodorkowskiego), dyskretne rozszerzanie uprawnień i kompetencji służb bezpieczeństwa, wprowadzenie w skład tego sojuszu "ołtarza".  Bazą ideologiczną tego procesu musiał stać się nacjonalizm, żadna inna ideologia roli spoiwa władzy z obywatelami spełnić nie mogła.

Tak też było na Ukrainie. Kuczma - reprezentant pokolenia "ojców założycieli" - musiał oddać władzę nacjonalistom. Trafił zresztą na wybitnie nieudolnego Juszczenkę. To ułatwiło powrót do sojuszu biznesu, aparatu i ołtarza. Jego uosobieniem stał się Janukowycz. Gdyby poszedł drogą Łukaszenki: zwalczał korupcję, ograniczył wszechwładzę oligarchów, rzucił parę hrywien obywatelom, mógłby liczyć na sukces. Wybrał inną koncepcję. Zamarzył mu się Putin i jego majątek osobisty. W roli Chodorkowskiego obsadził Julię Tymoszenko. Pochodząc ze Wschodu, odrzucił nacjonalizm. Błąd za błędem.

Co teraz? Możliwe są trzy scenariusze. Jeden to rozpad Ukrainy. Wydaje się, że nie na dwa państwa, ale być może na kilka. Na wschodzie zerkają na Putinowski model państwa. Krym chce suwerenności, Zachód podpiera się nacjonalizmem, a nie Unią Europejską, jak sądzą niektórzy. Jest jeszcze północ Ukrainy, której bliżej do Białorusi niż do Kijowa.

Drugi scenariusz, to zachowanie status quo. To de facto powrót nacjonalizmu jako specyficznego spoiwa społecznego. Nie łudźmy się. To budowanie jedności społecznej na bazie nienawiści do wszystkiego, co nieukraińskie, w tym do Polski. Rusofila Janukowycza zastąpi ktokolwiek z przywódców opozycji w wersji Tiahnyboka lub w wersji soft. Do formacji władzy dołączy Cerkiew. Obalą pomniki Lenina, postawią Bandery.

Trzeci scenariusz to porozumienie, nie co do najbliższych wyborów, ale co do konstrukcji państwa. A więc nowy ustrój, być może federacyjny, gwarancje realnej, a nie formalnej demokracji, jasne zasady przebudowy gospodarki. To jest szczególnie ważne, bo w wyniku dotychczasowej polityki państwo w swych funkcjach właścicielskich zostało zastąpione przez oligarchów. Ukrainiec musi poczuć, że staje się właścicielem swego kraju.

Proponuję przy tym odrzucić model egoistycznego spojrzenia na Ukrainę. Pozbyć się miłych naszemu sercu mitów jagiellońskiej polityki i marzeń o protektoracie. Polacy nie podbiją Ukraińców, bo tam się nam nie wierzy. Odejść od doraźnej polityki, która przynosi nam więcej strat w dłuższej perspektywie (pamiętacie, jak walczyliśmy z Łukaszenką przy pomocy Związku Polaków?). Nie radzić Ukraińcom i nie wskazywać Polski jako rewelacyjnego przykładu do zastosowania. Odwrotnie zapewniać Ukraińców o trwałym poszanowaniu suwerenności ich Ojczyzny. Jeśli coś radzić, to powtórzenie Okrągłego Stołu, jako modelu zmiany ustrojowej. Mam takie wrażenie, że gdyby nie ten znienawidzony przez niektórych mebel, w Polsce też mielibyśmy "Kijów 2014". Polak był mądrzejszy przed szkodą!