Z reguły nie zajmuję się rzeczami, które nie mają poważnego wpływu na jakość funkcjonowania państwa i poziom życia jego mieszkańców. Tak też traktowałem lustrację - instrument walki pomiędzy frakcjami postsolidarnościowej elity i sposób na robienie doktoratów i habilitacji dla wybrańców. Ze współczuciem patrzyłam na obryzganych, z rozbawieniem na praktykę traktowania peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa jako wiarygodnego świadka ludzkich zachowań, ich intencji i postaw. W demokratycznej III Rzeczypospolitej, znów jej funkcjonariusze decydowali o losach ludzi.

Nie sądziłem jednak, że w tym jednolitym froncie grzebania w ludzkich słabościach tak szybko nastąpią podziały. Oto miesiąc temu w jednym z niepokornych tygodników ukazał się tekst oskarżający profesora Witolda Kieżuna o współpracę z SB. Jeden doktor habilitowany i drugi prosty doktor wywiedli z esbeckich papierów wniosek, że prof. Kieżun chętnie i obszernie współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa, zarówno na odcinku krajowym, jak i zagranicznym. Tekst skrzył się od stosownych cytatów, przybranych komentarzami i uczonymi wywodami nie pozostawiającymi wątpliwości. Ten bohaterski żołnierz Powstania Warszawskiego, jeden z najbardziej znanych polskich uczonych, był donosicielem. Na Jego niekorzyść świadczył najbardziej fakt, że zapytany przez autorów wprost wykazał zdziwienie i dezorientację. Ten ponaddziewięćdziesięcioletni delator nie przyznał się do winy, nie błagał o wybaczenie i zaprzeczał.

Kiedy wydawało się, że rzecz jest ostatecznie rozstrzygnięta (wszystkie oskarżenia o współpracę zawsze są ostatecznie rozstrzygnięte i nie pozostawiają wątpliwości), sprawa się zagmatwała. Oto równie doświadczony uczony lustracyjny, w innym niepokornym tygodniku, obśmiał swoich kolegów z IPN-u. Wytknął im intencyjny dobór cytatów, niewłaściwe rozumowanie, niezborność interpretacyjną, pominięcie innych dokumentów, które świadczą, że profesor współpracownikiem nie był. Skarcił za postawę moralną, która prowadzi do podważania autorytetów, próby zdobycia rozgłosu poprzez atakowanie ludzi, których postawa i zasługi dla Polski są powszechnie znane.

Rzecz nie warta byłaby uwagi, gdyby nie to, że rzeczywiście prof. Kieżun ma piękny życiorys. Powstaniec Warszawski, jeden z najlepszych polskich prakseologów, miał spory wpływ na instytucjonalny kształt naszego kraju. W ostatnich latach krytyk transformacji i rozwiązań ustrojowych III RP, swoimi poglądami wyraźnie zbliżał się do PiS-u. Czyżby za to został ukarany? Czy może dlatego, że już brakuje zabawek i okazji do zabłyśnięcia, trzeba się więc wziąć za starców, aby jeszcze za ich życia trochę im podokuczać? W walce z ludźmi kończącymi swoją życiową drogę rzeczywiście jesteśmy mistrzami. Kogo będziemy hejtować, kiedy oni wszyscy umrą?