Rozbawiło mnie zamówienie RMF na wspomnienie o Marusi, Janku Kosie, Czereśniaku, Grigoriju i Gustliku. Nie wiem bowiem, czy to żart, czy prowokacja. Wspominanie czegokolwiek z czasów PRL bez żółci zalewającej oczy albo bez prymitywnej kpiny na języku, zalicza mnie automatycznie do stronników Putina, albo jeszcze kogoś gorszego, np. Czyngis-Chana lub najpopularniejszego na świecie Gruzina. Bardziej nawet niż Saakaszwili. Ale co mi tam, w końcu to moja młodość, a nie Wasza. Trudno.

"Mam świadomość, że i książka, i serial były robione dla dzieci. Nie robię wielkiego problemu z tego, że ten serial z prawdą historyczną ma niewiele wspólnego. Podstawowe fakty i wydarzenia są takie same. Przymanowski pozwolił sobie na dość dużą swobodę - do czego oczywiście miał prawo, bo... czytaj więcej

W mojej wsi był jeden telewizor. Mieścił się w czymś takim, co wtedy nazywało się Wiejski Klub Kultury. Z płyty paździerzowej były stoliki, (nakryte obowiązkową opoczyńską wycinanką, która udawała obrus), ze sklejki krzesełka. Można się było napić kawy-plujki ze szklanki i przekąsić lokalnym wypiekiem. Dyżur za bufetem pełniły wg ustalonego grafiku Koleżanki z koła Związku Młodzieży Wiejskiej. Centralnym punktem był telewizor, najpierw marki Wisła (o ile dobrze pamiętam ), a potem Belweder. Pierwsi do Klubu przychodzili chłopi na Rolniczy kwadrans, potem aktyw na Dziennik, a na końcu młodzież na Kobrę albo inne bezeceństwa.

W takich oto warunkach na mojej wsi pojawili się „Czterej pancerni”. Wtedy jeszcze dość powszechnie uważano, że to Niemcy byli winni II wojnie światowej, a my, bracia Słowianie, sprawiliśmy im łomot. Zastrzegam się, że „wtedy”, bo dziś nie bardzo się orientuję, jaka jest w tej sprawie obowiązująca wykładnia. W każdym razie „Czterej pancerni” umacniali nas w tym przekonaniu, a nawet wyglądało, że Ruscy spełniali tylko rolę pomocniczą - w końcu to Janek był dowódcą czołgu. Spór co najwyżej dotyczył tego, czy Janek wszedł osobiście na Bramę Brandenburską, czy wjechał tam tankiem „Rudy”. Bo to, że zatknął na niej biało-czerwoną, nie ulegało wątpliwości.

Najwięcej wątpliwości budził Szarik. W każdym obejściu był pies, więc powszechna była praktyka uczenia go jeżdżenia na rowerze, a nawet SHL-ce. Młodzieży wyjaśniam, że był to skrót od Suchedniowskiej Huty „Ludwików”, która – jak sama nazwa wskazuje – produkowała pralki Frania, a w nadgodzinach czołgi albo inne świństwo. Wiejskie psy były jednak odporne na nowoczesne gadżety, domorosłych pancerniaków obszczekiwały, a nawet obszarpywały im kościółkowe nogawki. W tej sytuacji przerzuciliśmy się na Polę Raksę. Ale nasze wiejskie dziewczyny też nie chciały stanąć na wysokości zadania.

A potem wyrośliśmy z Janka Kosa i staliśmy się kapitanem Klossem. Pozdrawiam z tego ziemskiego łez padołu Staszka Mikulskiego. Wspólnie z Gajosem zrobili więcej dla patriotycznego wychowania mojego pokolenia niż te wszystkie nadęte buce, które egzaminują  nas dziś z miłości do Ojczyzny.

PS. Uczonym przypominam, że książki i filmy się robi dla „pokrzepienia serc” lub dla kasy. Prawda nie ma tu nic do rzeczy.