Przyglądam się tzw. debacie publicznej, zainicjowanej po wyborach samorządowych. Nieuctwo konkuruje w niej z cynizmem, prosta głupota z bezczelnością. Przemawiający w tej sprawie politycy i dziennikarze udowadniają, że nie tylko nic nie wiedzą o historii swojego kraju, ale nawet o jego podstawowych regułach ustrojowych. Kilka tylko rzeczy.

Po pierwsze - społeczne znaczenie tych wyborów. Kompletnie nie chodzi o to, kto wygrał te wybory,  a kto przegrał. Idzie o to, że zamieszanie wszczęte przez Państwową Komisję Wyborczą twórczo i ponad miarę zostało rozwinięte przez polityków i dziennikarzy. Padały słowa o oszustwie i szaleństwie, fałszerstwie i oszołomstwie. Jaka jest konsekwencja tych słów?  Otóż taka, że spora część społeczeństwa - już dziś nieufna wobec swojego państwa  - upewniła się, że jest ono gówno warte. O to Wam mądrale chodziło? Zarówno Kaczyńskiemu, który rozpoczął ten wątek, Millerowi, który się dołożył (choć pierwszy zaczął się wycofywać),  jak i Komorowskiemu, który twórczo podsycił tę atmosferę rozpoczynając krucjatę przeciw sędziom - członkom PKW?

Po drugie - sprawa PKW. Ona spaprała sprawę na początku. Gdyby sędzia Jaworski w poniedziałek powyborczy wyszedł do dziennikarzy i powiedział, że spieprzył się system informatyczny i komisje policzą wynik "na piechotę" i zaprosił ich na ogłoszenie wyników za tydzień, a następnie zamilkł - to pewnie całego tego zamieszania by nie było. Zawiodła komunikacja społeczna. Ale na obronę sędziów z Państwowej Komisji Wyborczej mam argument o presji społecznej, której wyrazicielami byli dziennikarze z tzw. "głównego" nurtu. Oni nie chcieli zrozumieć  kłopotów Komisji, chcieli już, zaraz mieć potwierdzenie, że jednak PiS nie wygrało.  Zagubieni  i przestraszeni tym, że być może popełnili błąd w obstawianiu faworytów, że znowu trzeba się będzie przeorientować politycznie, parli na jakiekolwiek wyniki, które dadzą nadzieję.

To też wzięło się - to po trzecie - z nieuctwa. Otóż, każdy rozumny znawca wyborów lokalnych wie, że nie da się matematycznie udowodnić, kto wygrał takie wybory. Inne są w nich bowiem mechanizmy podejmowania decyzji wyborczej, znacznie większe znaczenie ma czynnik personalny i środowiskowy. Co innego oznacza konkretny wynik odsetkowy w 5-milinowym Mazowszu, a co innego w 1,5-milionowej Opolszczyźnie. Wyniki exit poll dają tylko wyobrażenie o trendach. I co było w tych wynikach zaskakującego?  Kompletnie nic. Potwierdziły one tylko pewną równowagę pomiędzy PO a PiS i fakt, że PSL w wyborach lokalnych wypada dużo lepiej niż w parlamentarnych. Ale to wiemy i bez tych wyborów i to od kilku lat.

Po czwarte - nieuctwo polityków. Przy okazji inicjatywy PiS-u o skróceniu kadencji pojawiły się uwagi o niekonstytucyjności tej inicjatywy z jednej strony, a z drugiej, że już kiedyś tak było. Otóż, w 1998 roku niczego nie skracano. Przeciwnie - ustawą przyjętą przez AWS przedłużono o pół roku kadencję organów wykonawczych gmin. Do tamtego momenty wybory samorządowe odbywały się na wiosnę. Ze względu na powołanie powiatów i nowych województw, wybory przełożono na jesień (aby odbyć je razem) i zakończoną kadencję władz uchwałodawczych w maju, a kadencję zarządów miast i gmin wydłużono do października. Trybunał Konstytucyjny nie zakwestionował tej zmiany. Ergo - jeśli przedłużenie kadencji organów gmin było konstytucyjne, to jej skrócenie też nie narusza ustawy zasadniczej.

Szkoda, że tak to poszło. Wybory - akt założycielski demokracji, instrument aktywizacji i edukacji obywatelskiej - stały się okazją do ogłupiania społeczeństwa. Straty, jakie ponieśliśmy jako społeczeństwo i śmiech, jaki wywołaliśmy na świecie - długo jeszcze będzie błąkał się po korytarzach historii. Wspólnym wysiłkiem polityków, niektórych dziennikarzy i usłużnych uczonych obalono powagę państwa.