O ile Platforma w "wojnie o Trybunał" ma w sobie coś z dziecka, które najpierw nie nosiło szalika, a potem dziwi się, że zachorowało, to partia rządząca leczy to dziecko, niczym lekarz-homeopata, któremu pomyliły się dawki medykamentów i miast roztworów, aplikuje pacjentowi solidne porcje trucizn i toksyn. To uzdrawianie z delikatnością i wdziękiem właściwym raczej konowałom niż medykom, może przynieść za chwilę chaos i konstytucyjny bezwład, nienotowane w naszych najnowszych dziejach.

Sala rozpraw w Trybunale Konstytucyjnym /Tomasz Gzell /PAP

Jan Pietrzak mówił kiedyś "nie wiem, co ja wolę - czy tamten bałagan, czy ten porządek". To zdanie jakoś często przychodzi mi do głowy, gdy słyszę polityków PiS mówiących o tym, że "szybko, sprawnie i profesjonalnie porządkują sytuację po zamachu na Trybunał".

To, co zrobiła Platforma w końcówce poprzedniej kadencji było - bez wątpienia - złamaniem norm i pogwałceniem zasad. Wybór tej dwójki sędziów, którzy zająć mieli fotele zwalniane w grudniu było sztuczką, którą sytuować można przy granicy tego, co w demokracji dopuszczalne. I prawnie i etycznie. Co do pozostałej trójki - można oczywiście pospierać się, co może robić Sejm tuż przed końcem kadencji, ale prawda jest taka, że i stara ustawa o Trybunale i regulamin sejmu pozwalały wybrać na początku października sędziów, którzy objąć mają stanowisko na początku listopada. I choć PO całą operację przeprowadziła z błędami proceduralnymi, to jej "zamach" na Trybunał ciężko rozciągać i na tę trójkę,

Gdyby PiS swą "konwalidację" przeprowadził na dwójce sędziów "grudniowych" - nikt nie miałby pewnie szczególnych pretensji. Ich kadencja jeszcze się nie rozpoczęła. Ich wybór rodził mnóstwo wątpliwości. I podejrzewam, że nawet sam Trybunał może uznać go za sprzeczny z normami państwa prawa. Ale partia rządząca postanowiła wylicytować wielkiego szlema. I sięgnąć i po pięć miejsc w Trybunale, i fotel prezesa TK, i zrobić to wszystko z wdziękiem walca wyposażonego w silnik bolidu Formuły 1. Nie czekając więc na werdykty TK, który lada dzień zacznie orzekać w sprawie wyboru sędziów, wzięła się za sprawę szybko i bezpardonowo. Zapędzając się przy tym w okolice, które rodzą poważne pytania o ich demokratyczne i konstytucyjne umocowanie.

Unieważnienie uchwałami tego Sejmu wyborów personalnych poprzedniego, odmowa zaprzysiężenia sędziów - mimo braku takiej prezydenckiej prerogatywy zapisanej w ustawie, rysujące się i prawdopodobne zaprzysiężenie nowych, w oparciu o kontrowersyjne zapisy nowelizacyjne, pozbawianie prezesa i wiceprezesa funkcji, opieranie się na wątpliwych ekspertyzach prawnych, super-szybkie procedowanie, stawia PiS i Andrzeja Dudę w obliczu poważnych pytań, a być może i poważnych zarzutów, rodzi też podejrzenia, że w całej operacji nie chodzi wcale o uporządkowanie sytuacji, a o uderzenie i sparaliżowanie Trybunału Konstytucyjnego. Jeśli bowiem dojdzie do tego, że Sejm wybierze nowych sędziów, a prezydent odbierze od nich ślubowanie, zanim TK orzeknie, czy działania PiS w tej sprawie są zgodne z konstytucją - może dojść do gigantycznego galimatiasu personalno-prawnego. Wizja 18 czy 20 wybrańców Sejmu, uważających się za pełnoprawnych sędziów Trybunału i stawiających się na ulicy Szucha, by zacząć urzędowanie, to wizja kompromitującej dla państwa przepychanki w sercu instytucji, która powinna uosabiać prawo, porządek i powagę. Marzy mi się, by politycy obu stron na moment się w tej wojnie zatrzymali, oddali pole do działania Trybunałowi i prezydentowi i by potrafiono znaleźć tu - wcale nietrudny do znalezienia - kompromis, który pozwoli zachować, przyglądającemu się całej tej historii szaremu obywatelowi, szacunek dla państwa, prawa i demokracji.