Werdykt Trybunału stawia przed politykami mnóstwo trudnych wyzwań. To najpoważniejsze – bez wątpienia - przed dzisiejszą sejmową większością. To ona (czytaj PiS) musi teraz rozstrzygnąć czy będzie uznawała werdykty TK. A jeśli nie - co nie jest niewyobrażalne, a co byłoby krokiem bezprecedensowym w najnowszej historii Polski i dawało podstawy do stawiania rządzącym bardzo poważnych zarzutów – PiS musiałby odpowiedzieć na pytanie, na jakiej podstawie kwestionuje wyroki sądu konstytucyjnego i jak ma dalej wyglądać jego działanie.

Manifestacja przeciwników zawłaszczenia TK przez układ związany z byłym rządem przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego w Warszawie /PAP/Jakub Kamiński /PAP

Prezydent także musi zastanowić się nad tym, jak odnieść się do faktu, że nie zaprzysiągł tych sędziów, których - jak wynika z dzisiejszego orzeczenia - zaprzysiąc miał obowiązek, odebrał za to ślubowanie od tych, którzy nie mieli prawa bycia zaprzysiężonymi. I jakie wnioski z tego wynikają, bo trójka z czwórki, która złożyła już ślubowanie, formalnie rzecz biorąc (i taki będzie zapewne werdykt TK, który zapadnie w przyszłym tygodniu) nie ma prawa uznawać się za sędziów Trybunału, bo w ogóle nie powinna zostać wybrana. Być może - jeśli prezydent szybko zastanowi się co robić i jak odnieść się do werdyktu, poznamy jego plany w dzisiejszym wystąpieniu telewizyjnym o 20

Werdykt stawia też wyzwanie autorom poprawki, która stała się zarzewiem konfliktu i dzisiejszych problemów - czyli posłom PO i koalicji która ja przyjęła. Oni powinni dziś przyznać się do złamania konstytucji i posypać głowę popiołem.