Paradoks polityki polega często na tym, że im bardziej się o czyjejś dymisji mówi - tym staje się mniej prawdopodobna. Co najmniej kilkukrotnie, już za kadencji Tuska, było tak, że planowano czyjeś odwołanie, ale gdy pojawiła się na ten temat informacja - topór, który już miał ściąć głowę, w ostatniej chwili odłożono na bok.

Bez wątpienia - i wiem to od kilku osób z otoczenia premiera - od kilku tygodni Tusk sygnalizuje, że bierze pod uwagę odsunięcie Rostowskiego. Po trosze dlatego, że traci do niego zaufanie, ale w dużej mierze uznając to za sposób na odbudowywanie fatalnych sondaży własnego gabinetu.

Rostowski - jak pisałem parę dni temu - zostałby wówczas smętną i zużytą twarzą niepopularnych rządowych decyzji - nowelizacji budżetu, zmiany progów ostrożnościowych, sięgnięcia po pieniądze OFE. Jego dymisja byłaby niczym trampolina, od której PO miałaby się odbić i wysłać sygnał - "wraz z odejściem ministra kończymy z bolesnymi decyzjami i zamykamy trudne czasy".

Sam Rostowski też się zresztą nie trzyma kurczowo stanowiska - po 6 latach ma już go trochę dosyć i gdyby zaoferowano mu godną posadę poza granicami kraju - nie miałby nic przeciwko dymisji. Częściej więc w trakcie dyskusji w gabinetach PO padało ostatnio pytanie - kiedy i kto w zamian niż pytanie, czy odwoływać ministra.

Pisane wówczas scenariusze mówiły o dymisji wiosennej, o ile pojawi się kandydat na następcę. Z tym jest spory problem. Brani pod uwagę kandydaci do zastąpienia ministra - Jan Krzysztof Bielecki, Janusz Lewandowski, Bogusław Grabowski czy Dariusz Rosati - albo niespecjalnie palą się do objęcia tego fotela, bo mają - jak Lewandowski - inne zajęcia, albo nie są na tyle mocno "osadzeni" w PO, by Tusk miał do nich pełnię zaufania.

Medialne zawirowania, deklaracje że doniesienia o przyszłej czy złożonej już dymisji są nieprawdą, sprawiły że scenariusz odwołania ministra mógł się zmienić. I to w każdą ze stron. Ale czy i jak się zmienił, to wie dziś tylko Donald Tusk