Przebieg spotkania polityków obozu rządzącego z opozycją wprowadził liderów tej drugiej w mocną konsternację. Okazujący gotowość do rozmów prezes był dla nich tak zdumiewającym zjawiskiem, że jedna połowa z nich orzekła, że rozmowy były światełkiem w tunelu, druga - że jeśli było to światełko, to nadjeżdżającego pociągu pancernego.

Jarosław Kaczyński /Bartłomiej Zborowski /PAP

Gdyby rzeczywiście PiS zapałał nagle chęcią szczerego, uczciwego kompromisu w sporze o Trybunał i gotów był zrobić w tej wojnie krok w tył - byłby to ostry i zaskakujący polityczny zwrot. Przez ostatnie tygodnie liderzy tej partii wysyłali twarde i jednoznaczne sygnały, że nie zamierzają się cofnąć i nie ma mowy o tym, by w sporze o Trybunał wywiesili białą flagę. Jeszcze przed tygodniem Jarosław Kaczyński, który dziś deklaruje wielki szacunek i gotowość pochylenia się nad uwagami Komisji Weneckiej, mówił, że Komisja skompromitowała się przeciekiem jej raportu do mediów, a projekt jej opinii w sprawie TK jest absurdalny w sensie prawnym. I przypominał, że opinie Komisji Weneckiej nie są w żaden sposób wiążące dla polskiej strony. "To są tylko opinie o charakterze doradczym, czy nawet mniej niż doradczym i w żadnym razie nas nie obowiązują".

Pojednawcze sygnały wysyłane wczoraj przez prezesa mogą być więc albo efektem uznania, że w bilansie strat i zysków wojny o Trybunał zaczynają przeważać te pierwsze, a sugestie Kościoła i naciski międzynarodowe pchają obóz rządzący ku uznaniu, że kompromis będzie jednak jakąś wartością, albo też cała ta rozgrywka jest taktycznym zyskiwaniem czasu, zabiegiem pozwalającym na składanie zapewnień, że wszystko zmierza w dobrym kierunku (a zdaje się, że prezydent Duda czynił to dziś w nocy w Waszyngtonie, a w przyszłym tygodniu podobne zapewnienia usłyszą, przyjeżdzający do Polski wiceszef Komisji Europejskiej i sekretarz generalnego Rady Europy).

Część opozycji - PSL i Petru - ogłosiła, że bierze gesty i słowa prezesa PiS za dobrą monetę. I nawet jeśli nie wzięła rzeczywiście - to uznała, że Polacy znacznie cieplej patrzą na tych, którzy wykazują wolę porozumienia, niż na tych, którzy pozostają nieugięci. Druga jej część - przede wszystkim Grzegorz Schetyna - doszła do wniosku, że korzystniej będzie dowodzić, że puste gesty nic nie znaczą i czekać na czyny np. opublikowanie orzeczenia TK. Ale podział wśród opozycji jest bez wątpienia taktycznym sukcesem PiS - bo niejednoznaczny sygnał jaki dostają jej zwolennicy, identyfikujący się z KOD-em, wprowadza chaos i demobilizację w ich szeregach.