To, że polskiemu życiu polityczno-publiczno-spółkowemu przydałoby się solidne szarpnięcie cuglami – nie ulega dla mnie wątpliwości. Nawet, jeśli złoty mercedes, okazał się mercedesem złotawo-beżowo-szarym, to bez wątpienia, to, co dzieje się w spółkach Skarbu Państwa i wokół nich stanowczo zbyt często ma więcej wspólnego z politycznym nepotyzmem, a za rzadko – z interesem publicznym. Problem w tym, że nic nie wskazuje na to, by gromkie potępienie dla poprzedników, jakie partia rządząca zaprezentowała przy okazji audytu, miało cokolwiek wspólnego z rewolucją moralną, która zmieniałaby ten stan rzeczy.

Jarosław Kaczyński i Beata Szydło /Paweł Supernak /PAP

Z audytem 8-lecia rządów koalicji PO-PSL było jak z teatralną strzelbą, która od pierwszego aktu wisi na ścianie i wiadomo, że wreszcie wypali. Jeszcze w lutym Jarosław Kaczyński mówił, że audyt lada dzień ujrzy światło dzienne, Nie obejrzał w lutym, marcu, kwietniu, w końcu w maju przyszedł nań czas.... I trudno nie odnieść wrażenia, że wypalenie tej strzelby miało jednak coś wspólnego z marszem KOD-u i z lekkim wiaterkiem, który przy tej okazji zaczął wiać w żagle opozycji.

Przeciwko rozliczeniom działań poprzedników nie mam nic a nic. A nawet uważam, że warto jest uczynić z tego trwały element polskiego krajobrazu politycznego. Czym innym jednak jest solidny audyt z podawaniem dat, nazwisk, nazw, faktów a czym innym igrzyska, jakie zafundowano sejmowi w ostatnią środę. Bo puszczanie na trybunie bączków, rozwijanie płacht papieru czy opowiadanie o złotych mercedesach jest owszem, efektowne, ale mało ma wspólnego z poważnym dokumentem, na podstawie którego można by przeprowadzić istotną debatę o tym ile w działaniach rządu było niefrasobliwości ile złej woli, ile lenistwa, a ile błędów, ile rozrzutności, a ile nieuczciwości. A w dodatku, w tym zalewie zarzutów, pomieszano rzeczy ważne z nieważnymi, błahostki z historiami niebagatelnymi, ileś faktów, być może w ferworze debaty, w ogóle pomylono, czym dano opozycji do rąk wygodny oręż do dezawuowania wszystkich zarzutów.

Najbardziej jednak, na tym wizerunku etycznych rewolucjonistów, którzy wypowiadają wojnę przejawom egoizmu, marnotrawstwa, pogardy, kolesiostwa i sypania publicznym groszem ciążą czyny, które jakoś słabo rządzącym zgadzają się ze słowami. Bo to, że nie tylko tu i ówdzie, ale i nieco częściej, zastąpi się nowymi ludźmi starych, że zamiast fachowca z rozdania PO włoży się gdzieś fachowca bliskiego PiS-owi - to jak świat światem, a polityka - nie tylko polska - polityką, nie dziwi. Ale skala różnych nominacji mających mnóstwo wspólnego z starymi przyjaźniami i - jeszcze więcej - z nagrodami dla politycznie zasłużonych sprawia, że na dumnym wizerunku odnowicieli i oczyszczaczy życia publicznego pojawia się nieco zbyt dużo rys, by ów wizerunek nie cierpiał. Jeśli w dwa dni, po świętym oburzeniu, które prezentowało się na mównicy sejmowej powołuje się dobrego znajomego i ex-szefa lokalnej partyjnej młodzieżówki na prezesa potężnej firmy paliwowej, a posła, szefa komisji finansów wsadza się do zarządu PZU, to, jako żywo, rodzi się podejrzenie, że w całej operacji potępiania poprzedników, chodzi głównie o to, by rozsiąść się w zwalnianych przez nich gabinetach i zacząć cieszyć się radościami i przywilejami, którymi oni delektowali się przed chwilą.