W polskim życiu publicznym jest strasznie dużo krzyku, wielkich słów, egzaltacji, tromtadracji i fanfaronady. Tu uderzać w przeciwnika trzeba porównaniem do Białorusi, Kuby albo Korei Północnej, zarzutem zdrady, utraty resztek patriotyzmu, łamania demokracji albo co najmniej podważania jej fundamentów.

Beata Szydło /Radek Pietruszka /PAP

Pierwsze dni rządów PiS są – bez żadnych wątpliwości – intensywne. W rządzie pojawili się ci, którzy pojawić się w nim nie mieli. Prezydent ułaskawił Mariusza Kamińskiego. PiS próbuje unieważnić wybór pięciu sędziów Trybunału i – zapewne – powołać nowych, a minister kultury otwiera kolejne fronty walki – wojując z pornografią w teatrze (która okazała się zresztą wcale nie taka straszna), a potem mówiąc w i do telewizji publicznej, że „uprawia propagandę i manipulację od kilku lat. I to się skończy”.

Wszystko to oczywiście może ekscytować, wielu bulwersować, a niektórych nawet boleć. Ale wciąż jest to jednak elementem raczej klasycznych sporów politycznych demokratycznego kraju niż zamachem stanu i próbą wprowadzenia okrutnego reżimu. Z łamaniem praw człowieka, końcem demokracji czy autorytarno-totalitarnym praktykami Mińska, Hawany czy Phenianu ma mniej więcej tyle wspólnego, ile krzesło barowe z krzesłem elektrycznym.

Nie twierdzę, że najlepszą reakcją na rozszerzanie obszarów władztwa i dominacji rządzących jest wzruszenie ramionami i ich lekceważenie. Ale pokrzykiwanie, że oto na naszych oczach umiera wolne państwo, organizowanie komitetów obrony demokracji czy wpinanie w klapę oporników trąci mi, trudną do zniesienia, egzaltacją. I popadaniem w przesadę dokładnie taką, w jaką popadali dzisiejsi rządzący będąc w opozycji. To oni przecierali ścieżki perorowania o zdradzie, białoruskich standardach, państwie policyjnym i upadku demokracji. To oni sięgali po argumentację na wysokim C, odmawiającą przeciwnikowi nie tylko racji, ale często-gęsto go dezawuującą. I wówczas ci, którzy dziś dmą w trąby zagrożenia, oburzali się srodze na język, na styl, na lekkość rzucania najpotężniejszych oskarżeń i na nieznośne poczucie posiadania jedynej, świętej i niewzruszonej racji.

Nie mam dziś absolutnej i niewzruszonej pewności, czy w realizacji swego pomysłu na nowe państwo, PiS oby na pewno nie przekroczy granic tego, co w liberalnej demokracji jest dla mnie samego akceptowalne. W niektórych z jego haseł i zawołań bojowych pobrzmiewają tony, które nie budzą mego zachwytu. Ale nie chciałbym, żeby z tym krzykiem o końcu demokracji – za rządów PiS i wszystkich innych - było jak z pastuszkiem w wierszyku Jachowicza, który tak często wołał, że nadciągają wilki, bo „chciał tylko doświadczyć, czy dobrze czuwacie”, aż „wilk doprawdy pięknego porwał mu baranka”, a znieczuleni poprzednimi krzykami pasterze nie zareagowali uznając, że i tym razem to tylko fałszywy alarm.