Dobra zmiana dotarła do kieszeni polityków. Posłowie PiS chcą podwyższenia ich pensji - od ponad 2,5 tysięcy dla parlamentarzystów do niemal 8 tysięcy dla szefowej rządu.

Beata Szydło /Radek Pietruszka /PAP

Nie da się ukryć, że sugestie, iż politycy zarabiają za mało, i że należałoby podnieść ich płace nie były nigdy szczególnie modne. Opozycja - a tak się składa, że przez ostatnich osiem lat byli nią dzisiejsi rządzący, od zawsze i z lubością piętnowała przywileje władzy, krytykowała jej bizantyjskie zapędy i stwierdzenia, że za 6 tysięcy pracuje idiota albo złodziej i ganiła apanaże jakie ta sama sobie przyznawała. Piętnowała, krytykowała i ganiła głośno, po cichu, od lat.

Politycy, również PiS-u, przekonywali jednak, że zamrożenie płac poselsko-ministerialnych rodzi coraz więcej kłopotów, np. ze znalezieniem odpowiednich kandydatów na niektóre stanowiska. I pociąga za sobą pauperyzację, również intelektualną, klasy politycznej. Gdy PiS doszedł do władzy, boleśnie się o tym przekonał, mając trudności z namówieniem wymarzonych kandydatów na objęcie funkcji wiceministrów. Postanowił więc coś z tym zrobić. Całościowo. I z  otwartą przyłbicą.

Na pewno trudno dziwić się niektórym propozycjom podwyżek. Bez wątpienia - porównując to ze skalą odpowiedzialności - podsekretarze stanu zarabiali dotąd za mało. Podobnie trudno dziwić się wprowadzeniu pensji dla pierwszej damy. Obarczona protokolarnymi obowiązkami, a zatem z konieczności niepracująca żona prezydenta, dotąd nie miała nawet opłacanej składki ZUS-owskiej. Ale już o innych zmianach można by dyskutować.

Jakie jest bowiem uzasadnienie dla przyznania pensji również byłym pierwszym damom? Czy szef rządu powinien dostać aż 8 tysięcy podwyżki? Czy posłowie i senatorowie zasłużyli na to, by zarabiać ponad 2,5 tysiąca więcej? To wszystko może rodzić wątpliwości. Może łatwiej byłoby je rozproszyć, gdyby wraz z podwyższaniem płac odchudzono nieco liczbę tych, którzy je dostają. Tymczasem pomysły np. ograniczenia liczebności Sejmu, umierają zanim na dobre się pojawiają, a liczba ministrów i wiceministrów właśnie pobiła rekordy z czasów rządu Donalda Tuska.

(abs)