Najczęściej powtarzane pytanie jakie słyszę od wczorajszego poranka brzmi "a co było gdy zeszliście z anteny?". Pytanie dotyczy oczywiście wywiadu z Antonim Macierewiczem. Wywiadu, który okazał się solidna próbą nerwów.

Staram się być obiektywny i chłodny, ale dziś, 30 godzin po tym, jak rozmowę z byłym likwidatorem WSI zakończyłem stwierdzeniem "nie mam ochoty dalej z panem rozmawiać", nadal uważam, że miałem do tego pełne prawo. I słowo daję - nie była to kwestia ani uprzedzenia do pana Macierewicza, ani założenia że rozmowa musi skończyć się krwawo.

Mam dziwne przekonanie, że poseł PiS bardzo chciał wyprowadzić mnie z równowagi. Argumenty ad personam i ataki na RMF, pojawiające sie od początku wywiadu, miały zdaje się, taki właśnie cel. Na słowa "radio RMF FM, ma pewną swobodę w interpretacji cudzych opinii" , "Strasznie ma pan taką przedłużoną młodzieńczość" "formułuje pan opinie ciągle tak, jakby pan miał dwadzieścia lat" "pochopność przez pana przemawia" "mnie drażni w RMF-ie taka niechęć do „Naszego Dziennika”, bo to jest radio, które powinno równo traktować wszystkie media, a jesteście państwo jakoś tak uwrażliwieni negatywnie na „Nasz Dziennik”"Po co ten atak, po co ta niechęć" reagowałem spokojnie. Zarzut "działania na rzecz agentury" uznałem za tak obraźliwy, że zdecydowałem się przerwać, i tak kończącą się już rozmowę. Po zejściu z anteny przez kilka minut dyskutowałem jeszcze z p. Macierewiczem. Zdaje się, że nie przekonałem go do tego, że jego agenturalne wizje dotyczace mojej osoby, ani oskarżenia szefów MSZ o wysługiwanie się sowieckim służbom mogą kogoś obrazić. Najwyrażniej jego partyjni koledzy byli innego zdania - dziś rano lider "radiomaryjnej" frakcji PiS - Zbigniew Girzyński dał tego najlepszy dowód. I powiem szczerze. Zaskoczył mnie tak bardzo, że na sekundę mnie zatkało. Ale uważam, że był to miły epilog całej tej historii. Nieprawdaż?