Ten wywiad zapamiętam na długo, baaaardzo długo

Teoretycznie wszystko wyglądało na perfekcyjnie zoorganizowane. Samochód miał czekać na Jana Rokitę o godzinie gwarantującej dojazd do studia, Rokita miał się nie spóźnić, tematów było co niemiara - na czele z głównym - żyć nie umierać.

Problemy zaczęły się koło 7.35. Okazało się, że Rokita wyszedł chwilę później, że korki, że się przebijają i że może być ciężko. W tym samym czasie dzwonili do mnie koledzy dziennikarze (na czele z tymi z konkurencyjnego radia) pytając gdzie Rokita będzie i jak mogą go po Kontrwywiadzie nagrać. Cierpliwie zapraszałem na Twardą, czekałem i się denerwowałem.

O 7.50 okazało się, że Rokita jest jeszcze na Pradze, a dokładniej - na wysokości ZOO. Ci, którzy choć odrobinę znają geografię naszej pięknej stolicy wiedzą, że w tym momencie musiałem uświadomić sobie, że gośc do studia nie dotrze. I tu zaczął się ciąg szczęść w nieszczęściu. Okazało się bowiem, że Rokita nie jest wieziony zwykłym samochodem a tzw. "reporterką", że w miejscu w którym jest ma doskonałą łączność, i że w dodatku widok wybiegu dla misiów po którym spacerują gołębie natchnie go filozoficznie do opowieści o gornostajach i białych futerkach. (Ci którzy nie słyszeli i nie czytalli - polecam

). Wywiad się odbył. Rokita po nim zniknął, czekający przed radiem dziennikarze musieli obejśc się smakiem, a ja obserwując w tym dniu inne media miałem mnóstwo chwil satysfakcji.

Co do meritum - uważam, że ta burza w Platformijnej wodzie zakończy się treuga dei - pokojem bożym. Rokita jest dla tej partii zbyt cenny, by Tusk i Schetyna nie ulegli jego żądaniom, lista krakowska zostanie zmieniona, acz - inna sprawa - taki spór na początek kampanii to fatalna historia.