Rzecznik Komisji Europejskiej Margaritis Schinas próbował udowodnić, że zarzuty wobec Junckera o blokowanie unijnych reform zmierzających do ukrócenia procederu unikania płacenia podatków przez wielkie korporacje w latach, w których Juncker był premierem Luksemburga to odgrzewane kotlety w sezonie ogórkowym.

Donald Tusk /OLIVIER HOSLET /PAP/EPA

Schinas rozwodził się nad tym jak to Juncker - zanim nawet objął stanowisko szefa KE, uczynił walkę z unikaniem opodatkowania sercem swojej polityki. Odkąd objął funkcję szefa Komisji w 2014 roku, komisja poszła za nim, jego walka w tej sprawie była bez precedensu - przekonywał rzecznik. Jednak im bardziej Schinas próbował przekonywać tym bardziej pozycja Junckera słabła. 

Zarzuty wobec Junckera pochodzące z Niemiec (prasa cytuje depesze niemieckich dyplomatów) oznaczają, że traci on wsparcie Berlina. A to z kolei wzmacnia pozycję Donalda Tuska i jego szanse na drugą kadencję na stanowisku szefa Rady Europejskiej. 

W kuluarach spekuluje się o ewentualnej dymisji Junckera. Szefa KE nie da się jednak odwołać, sam musiałby się podać do dymisji np. ze względów zdrowotnych. Jego stanowisko mógłby wówczas objąć socjalista np. Frans Timmermans, co przywróciłoby równowagę w podziale europejskich stanowisk między grupami politycznymi.

Dla Berlina pozostawienie Tuska na drugą kadencję jest wygodne. Tusk wygrywa z Junckerem swoisty konkurs piękności w Berlinie. Juncker jest coraz bardziej skompromitowany; ma niewyparzony język i popełnił wiele błędów np. agresywnymi wypowiedziami w sprawie Brexitu. Ma także znany wszystkim problem z... alkoholem. Natomiast Polak jest na tle Junckera dosyć przeźroczysty, nikomu się specjalnie nie naraził. Dla Berlina ważne jest, że z jednej strony zapewnia łączność z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, a z drugiej - nie sprzeciwia się polityce Angeli Merkel. 

Brak poparcia polskiego rządu dla Tuska to zdaniem moich rozmówców nie jest trudność, której nie da się pokonać. Wielu tylko marzy o tym, żeby utrzeć nos rządowi PiS.