Polska przejęła od Węgier rolę chłopca do bicia. Komisja Europejska w swoim postępowaniu wobec Polski częściowo wzoruje się na przypadku Węgier.

Premier Węgier Viktor Orban /Leszek Szymański /PAP

Polska jest jednak większym krajem, więc dla Brukseli stawka jest większa. Dlatego KE uderza mocniej w polski rząd i nie chce popełnić takiego samego błędu jak w przypadku Węgier, gdy jej działania nie przyniosły żadnych rezultatów. Za brak rezultatów w stosunku do działań Viktora Orbana Komisja jest krytykowana między innymi przez eurodeputowanych Parlamentu Europejskiego. Komisja wprowadziła więc wobec Polski - niestosowaną do tej pory - procedurę praworządności, która może zakończyć się sankcjami. Natomiast postępowania przed unijnym Trybunałem rozpocznie tak jak w przypadku Węgier licząc, że wygra przynajmniej małe bitwy - jeżeli nie uda jej się wygrać wojny. Zamierza pozwać Polskę za dyskryminację sędziów na rynku pracy. W ten sposób Komisja Europejska wystąpiła przeciwko Węgrom, które obniżyły wiek emerytalny sędziów, by ich odsunąć od urzędów. W listopadzie 2012 roku Trybunał Sprawiedliwości UE przyznał rację KE. Była to jednak wygrana, która z politycznego punktu widzenia nie miała aż tak dużego znaczenia.

W Polsce aktywniejsza niż na Węgrzech jest opozycja, którą Bruksela chce pośrednio wspierać licząc, że wymusi zmiany i wygra przyszłe wybory. Timmermans świadomie wspiera opozycję (przyjął przecież nagrodę Gazety Wyborczej). To nie ulega wątpliwości. Z moich rozmów wynika jednak, że jest coraz bardziej świadomy, że musi także przekonywać do swoich racji szersze grono Polaków, żeby odzyskać wiarygodność. Zwłaszcza jeżeli chce jeszcze mocniej uderzyć. 

Komisja zaczyna stopniowo dostrzegać, że na ulicach protestują niekoniecznie tylko wyznawcy Adama Michnika. Na razie jednak nie myśli w ogóle, jak trafić do tych, którzy uważają, że gdy uderza w rząd, uderza równocześnie w Polskę. Nie potrafi (nie chce?) znaleźć języka z tą częścią polskiego społeczeństwa, która nie popiera każdego ruchu rządu, jednak jest świadoma, że ataki Komisji mogą wykorzystać unijne kraje, które chciałyby, żeby Polska pozostała poza głównym nurtem w UE (np. zwolennicy twardego jądra).  

Zasadnicza różnica między Polską a Węgrami polega także na sposobie prowadzenia dialogu z Brukselą. Polski rząd nie podejmuje dialogu, natomiast Viktor Orban przynajmniej stwarza pozory rozmów. Ustępuje o milimetr a i tak robi swoje. Daje to jednak KE poczucie, że ma na coś wpływ. Takie podejście łagodzi nieco spór. Jest także korzystne dla kraju, bo na niższych szczeblach prowadzona jest normalna współpraca, załatwiane są interesy. Polskie władze są raczej pewne, że Orban ich nie opuści w momencie próby, czyli gdyby doszło do głosowania w sprawie sankcji, co wymaga jednomyślności. I prawdopodobnie mają rację. Jednak zanim dojedzie do sankcji - Bruksela będzie chciała uzyskać stwierdzenie systemowego zagrożenia praworządności. 

Z listu Orbana do premier Szydło można wnioskować, że i tu rząd może liczyć na Budapeszt. Nie może jednak liczyć na pełną lojalność węgierskich "bratanków". Węgrzy po cichu cieszą się, że spadło z nich odium "chłopca do bicia" i przykleiło się teraz do Polski.