Schetyna okazał się politykiem z wyczuciem nastrojów zarówno w kraju, jak i na arenie europejskiej. Spektakl pt. „debata o Polsce”, w którym odegrał on główną rolę, był jednak raczej żałosny. Sam szef chadeków Manfred Weber namacalnie odczuł słabość PO i jej wewnętrzne rozterki.

Donald Tusk / Wiktor Dąbkowski /PAP

Eurodeputowani PO najpierw zgodzili się na debatę (Weber wysyła, więc odpowiedni wniosek do szefa europarlamentu), a potem już takiej debaty nie chcą (Weber wniosek wycofuje). 

Wyraźnie wielu polityków PO w Parlamencie Europejskim oderwało się od rzeczywiści w kraju i kierowało się emocjami, a nie kalkulacją polityczną. Julia Pitera, która przerywała konferencję Schetyny i dopowiadała o tym, że tego typu debaty są normalną i zwyczajną sprawą – raczej tylko kompromitowała swoich kolegów, eurodeputowanych PO. Chęć dokopania PiS wzięła górę nad instynktem samozachowawczym, nie mówiąc już o interesie Polski.

Tylko kilku eurodeputowanych PO jeszcze przed pojawieniem się Schetyny anonimowo wyrażało niechęć do przeprowadzenia takiej debaty. Niemcy czy Hiszpanie tylko czekają na okazję, żeby uderzyć w Polskę w związku z zupełnie innymi sprawami, które nie mają nic wspólnego z problemem demokracji w Polsce – mówił mi jeden z europosłów. Już od pewnego czasu, jeszcze za naszych rządów narastało w niektórych starych krajach UE zniecierpliwienie w związku np. z naszym stanowiskiem w sprawie uchodźców czy w sprawie klimatu - podkreśla mój rozmówca. 

Mam wrażenie, że Schetyna jako były szef polskiej dyplomacji to zrozumiał. I musiał studzić emocje takich posłów jak Julia Pitera. Kuriozalne były przecież wypowiedzi Jana Olbrychta, szefa polskiej delegacji w Europejskiej Partii Ludowej, że pomysł debaty wyszedł od szefa frakcji Manfreda Webera „a myśmy się nie sprzeciwiali”. Wiadomo powszechnie, że szef frakcji podejmie w takiej sytuacji taką decyzję, jakiej chce dana delegacja narodowa. Takie chowanie się za plecami Webera było śmieszne i niepolityczne.

Donald Tusk zapłaci za debatę swoim stołkiem?

Nietrudno sobie wyobrazić efekt, jaki wywołałoby w Polsce karcące przemówienie pod adresem polskich władz wygłoszone przez Niemca na forum europarlamentu. Eurodeputowani PO nie przygotowali także gruntu pod taką debatę. Nie zapewnili jej nawet szerszego poparcia, choćby u polskich socjalistów. Krystyna Łybacka z SLD była, jak sama mi powiedziała, dosłownie „wściekła”, mówiła, że „Polacy nie znieśliby” tego typu połajanek ze strony zagranicznych polityków. Łybacka zapowiedziała bojkot takiej debaty. Schetyna wyczuł nastroje i odkręcił sprawę. Co nie oznacza, że w ogóle zrezygnował z przeprowadzenia w PE tego typu debaty w przyszłości. Będzie z pewnością chciał ją jednak lepiej przygotować, zebrać większe poparcie, a przede wszystkim  - nie załatwiać tego cudzymi rękami. To polityk, który uważa, że jeżeli taką debatę trzeba będzie przeprowadzić, to z otwartą przyłbicą, a nie wysługując się Niemcami czy Hiszpanami. 

Schetyna prawdopodobnie wie także, jaka będzie cena takiej debaty. Polska straci wizerunkowo, a Donald Tusk – zapłaci swoim stołkiem. Bo jeżeli raz łamie się zasadę nie wynoszenia wewnętrznych spraw na europejskie forum, to co powstrzyma polityków PiS przed negatywną oceną Tuska, gdy trzeba będzie w gronie 28 przywódców UE decydować o przedłużeniu mu kadencji na kolejne dwa i pół roku?