​Decyzja Komisji Europejskiej o rozpoczęciu postępowania przeciwko Polsce w sprawie uchodźców - to kolejna niekorzystna dla Polski decyzja Brukseli w ostatnich dniach. Najwyraźniej w tej "czarnej serii" chodzi o "złamanie" Warszawy teraz, przed podejmowaniem w przyszłości decyzji o wiele ważniejszych, dotyczących realnych interesów.

Zdj. ilustracyjne /AHMED JALIL /PAP

Kilka dni temu szef KE Jean-Claude Juncker straszył odebraniem funduszy za nieprzyjmowanie uchodźców. W piątek Bruksela przyjęła niekorzystny dla nas mandat na negocjacje z Rosją w sprawie Nord Steram 2, a wcześniej uderzyła w naszych przewoźników propozycją objęcia ich płacą minimalną. Wszystkie te decyzje Brukseli następowały praktycznie jedna po drugiej w przeciągu ostatnich dwóch tygodni. Wszystkie były w dużej mierze polityczne, korzystne dla dużych krajów - Niemiec i Francji.

Najbardziej upolityczniona jest jednak decyzja o rozpoczęciu postępowania w sprawie uchodźców. Pod względem prawnym jest nie do końca jasna i logiczna. Nie ma logicznego uzasadnienia, żeby karać tylko Polskę, Czechy i Węgry, skoro prawie żaden kraj nie przyjął wyznaczonej mu liczby uchodźców. Nie jest także logiczne rozpoczynanie procedury zanim zapadnie wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie legalności decyzji z września 2015 roku o przymusowej relokacji (decyzję Rady UE zaskarżyły wówczas Słowacja i Węgry, a Polska się przyłączyła). W dodatku KE chce nas ukarać za nieprzyjmowanie obywateli z krajów trzecich, którzy wcale nie chcą u nas przebywać. Powszechnie wiadomo, że celem uchodźców są przede wszystkim Niemcy i inne bogate kraje, które wypłacają wysokie zasiłki. 

Mimo że KE sama widzi, że relokacja okazała się kompletnym fiaskiem i są ewidentne braki w procedurze, to zdecydowała się na ten krok, jak i na wszystkie poprzednie. Chce "przygiąć Polsce kark" przed kolejnymi ważnymi decyzjami dotyczącymi: stałego mechanizmu relokacji uchodźców (decyzja musi zapaść w ciągu 6 miesięcy), podziału unijnych pieniędzy (początek przyszłego roku), ambitnych celów klimatycznych (do końca roku), energii czy pracowników delegowanych (najbliższe miesiące). KE chce złamać Polskę teraz, by łatwiej było podejmować te kolejne, ważniejsze decyzje.

Bruksela poczuła wiatr w żaglach po porażce, którą ponieśli populiści w Holandii i we Francji. Nie ułatwia Polsce oczywiście tocząca się wobec naszego kraju procedura dotycząca praworządności. Także bojowa retoryka rządu jest w Brukseli niezrozumiała i bardzo źle odbierana. Jeden z urzędników, z którym rozmawiałam twierdzi, że Bruksela "chce się wykazać sukcesem w sprawie Polski". Otwiera tyle frontów z Polską, z nadzieją, że na którymś wygra - mówi mój rozmówca - i dodaje, że Brukseli "kończy się jej amunicja".

Inni twierdzą, że Polska nie może sobie pozwolić, żeby mieć aż tyle "otwartych" frontów z Komisją Europejską. Obecna zintensyfikowanie działań KE w sprawie Polski ma w pewien sposób także wymusić na Warszawie rezygnację z niektórych priorytetów. Na czym Polsce tak naprawdę zależy: żeby nie przyjąć ani jednego uchodźcy, na pieniądzach z unijnej kasy czy na energii? - pyta mój rozmówca.

Komisja Europejska może jednak osiągnąć efekt odwrotny do zamierzonego, zwłaszcza w kwestii uchodźców. Rozpoczynając postępowanie w sprawie uchodźców, które będzie się ciągnąć 2-4 lat (wraz z ogłoszeniem ewentualnych kar), KE daje świetne naboje do walki wyborczej. Polacy nie zgadzają się na przymusowe przyjmowanie uchodźców i wygra ta partia, która jasno o tym zapewni.

(az)