Rozpoczął się kolejny rok akademicki. Na uczelnie wrócili studenci oraz wykładowcy. Ci pierwsi z wielkimi oczekiwaniami na ciekawe zajęcia i zdobycie wiedzy, która pozwoli im odnaleźć się w przyszłym życiu zawodowym, ci drudzy z bólem głowy spowodowanym koniecznością sporządzania nowych sylabusów w ramach Krajowych Ram Kwalifikacji wdrażanych w zakresie „procesu bolońskiego”.

Zamiast upraszczać biurokratyczne procedury i pozwolić skupić się kadrze naukowo-dydaktycznej na jak najlepszym przygotowywaniu się do zajęć, mamy do czynienia z rozbudowywaniem tego, co pozostanie wyłącznie na papierze, o czym sam mogłem się przekonać pytając słuchaczy moich wykładów, czy kiedykolwiek zaglądali do jakiegokolwiek sylabusa. Odpowiedzią na to było albo obojętne wzruszenie ramion, albo bezbrzeżne zdumienie.

O ile sens ma zaznajomienie studentów z programem zajęć, przedstawienie im listy podręczników, określenie sposobu zaliczenia przedmiotu, o tyle wypełnianie rubryk dotyczących np. kwalifikacji społecznych, jakie mają oni posiąść dzięki uczęszczaniu na dany wykład, ćwiczenia czy seminarium jest całkowicie bezsensowne, a w dodatku odciąga uwagę wykładowców od meritum ich pracy.

Adam Mickiewicz napisał, że "co Francuz wymyśli, to Polak polubi". Odnoszę wrażenie, że nasze Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego oraz władze wielu uczelni starają się być bardziej papieskie od papieża, czyli zamiast ograniczać i hamować płynące z europejskiej centrali dyrektywy, dokładają dodatkowe .

Formułowane w ramach "procesu bolońskiego" zalecenia nie uzdrowią polskiej nauki, o której marnej kondycji najlepiej świadczą przerażająco niskie lokaty zajmowane przez nasze uczelnie w różnych rankingach. Naiwna wiara w to, że da się je poprawić dzięki mozolnemu i zabierającemu cenny czas ślęczeniu nad kuriozalnymi dokumentami wystawia fatalne świadectwo tym, którzy są odpowiedzialni za wyższe szkolnictwo.

Nic dziwnego, że coraz częściej rozlegają się głosy nawołujące do buntu przeciw narzucanym z góry regulacjom, mającym na celu zabijanie indywidualności i wprowadzanie tak znienawidzonej w Polsce "urawniłowki". To, że inni potulnie podporządkowują się im nie musi oznaczać, że mamy pójść tą samą drogą. Co ciekawe, dwa czołowe nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i w całej światowej nauce uniwersytety: Oxford i Cambridge totalnie zlekceważyły dotyczące sylabusów wymagania "procesu bolońskiego".

Uważam, że podobnie powinny postąpić polskie uczelnie z najstarszym i najlepszym z nich Uniwersytetem Jagiellońskim na czele. Nie musimy być we wszystkim posłuszni Europie, powinno nas być stać na zdroworozsądkowy bunt, jeżeli ma on służyć poprawie, a nie obniżaniu jakości nauczania.