Wystarczyło kilka upalnych dni, a w Polsce pojawiły się stada golasów. Nie, nie chodzi mi nie mających nic na sobie o naturystów na plażach, lecz o ludzi w różnym wieku i obojga płci, którzy paradują po ulicach miast ubrani bardziej niż skąpo. Zdarza się, że zasiadają w takich strojach w kawiarnianych oraz restauracyjnych ogródkach, budząc nie tyle zgorszenie, co niesmak innych konsumentów.

zdj. ilustracyjne /JUAN CARLOS HIDALGO /PAP/EPA

Ten problem powraca każdego lata i wywołuje liczne dyskusje, w których głosy wcale nie rozkładają się wedle kryteriów wiekowych. Bywa, że golasów bronią ludzie starsi, a ostro protestują przeciw ich obecności w miejscach publicznych przedstawiciele młodego pokolenia. Ci drudzy odwołują się do estetyki i głoszą potrzebę przestrzegania dobrych obyczajów, podczas gdy pierwsi nie widzą nic niestosownego w chodzeniu po centrach wielkich miast z obnażonym torsem (mężczyźni) bądź w samej bieliźnie (kobiety).

Przed poważnymi wyzwaniami stają funkcjonariusze służb mundurowych oraz kelnerzy, którzy muszą reagować na zbytnią goliznę, odwołując się tak do przepisów, jak do poczucia przyzwoitości. Są to bowiem ingerencje w sferę wolności osobistej, a takie nigdy nie należą do łatwych.

Sam przeżywam podobne dylematy podczas letniej sesji egzaminacyjnej przypadającej na przełom czerwca i lipca, kiedy temperatury często przekraczają 30 stopni Celsjusza, co ośmiela niektóre studentki do przychodzenia z indeksem w stroju na wskroś plażowym, a studentów do zamiany garniturów na podkoszulki. Na szczęście nie jest to zjawisko masowe, a kiedy zwracam im uwagę na niestosowność takiego ubioru, przyjmują moje pouczenia ze zrozumieniem, a nawet z pewnym zawstydzeniem.

Aby nie być podejrzanym o seksizm, pragnę na koniec zaznaczyć, że równie niewłaściwe jest dla mnie pokazywanie się w miejscach publicznych w ledwo zakrywających ciała szatach ponętnych dziewczyn, jak podstarzałych mężczyzn.