„Trójkolorowi” w meczu z Portugalią byli zmęczeni i ospali. Widać było jak na dłoni, że Antoine Griezmann przed Euro 2016 rozegrał 4965 minut (najwięcej!). Można też było odnieść wrażenie, że piłkarze marzą już o tym, aby sędzia zagwizdał po raz ostatni. Francuzi na pewno płaczą po porażce, ale jestem też pewny, iż odetchnęli z ulgą, że mistrzostwa się skończyły.

Francuscy piłkarze po meczu z Portugalią /KAMIL ZIHNIOGLU / POOL /PAP/EPA

Euro 2016 jest już historią i czas na wstępne podsumowania. We Francji spędziłem trzy tygodnie - obsługiwałem naszą reprezentację. W tym czasie mogłem zaobserwować jak Euro wygląda od środka i jak sami Francuzi żyją wielkim turniejem. Jeszcze przed mistrzostwami Lilian Thuram mówił, że Francja to kraj futbolu, który ma kompleks wyższości. Z drugim można się zgodzić, co do pierwszego... częściowo. Długo się zastanawiałem jak można zmierzyć "klimat Euro". Zadawałem sobie pytanie, czy turniej we Francji był dla mieszkańców czymś wyjątkowym, czy był mało znaczącym dodatkiem do dnia codziennego?

Jeszcze przed moim wyjazdem na Euro 2016 miasta w Polsce były oblepione wizerunkami naszych reprezentantów. Kubki, ręczniki, szampony do włosów, komórki, garnitury... Samochody oznakowane chorągiewkami, szalikami i innym gadżetami w barwach biało-czerwonych. Spodziewałem się, że we Francji euroszał będzie jeszcze większy. A tu rozczarowanie. W bazie reprezentacji Polski w La Baule "biało-czerwonych" akcentów było jak na lekarstwo, a w innych miastach piłkarskie życie tętniło jedynie w okolicach stadionów i stref kibica. Tłumaczyłem to sobie tym, że Francuzi są szalenie zamknięci, a biorąc jeszcze pod uwagę zagrożenie terrorystyczne, jakie wisiało nad Sekwaną - mogę zrozumieć, że ludzie nie wpadli w futbolową gorączkę, o której kiedyś tak znakomicie pisał Nick Hornby. Mistrzostwa byłyby niewidoczne, gdyby nie kolorowo ubrani kibice, którzy zwiedzali zabytki i przesiadywali w knajpkach.

Komunikacja też dawała wiele do życzenia. Pomijam strajki kontrolerów lotów, przez które Patryk Serwański utknął w Nicei. Samochód, którym podróżowaliśmy niemal zawsze błądził w uliczkach Paryża czy Marsylii. Powodem były rozkopane ulice (przy stadionie w Marsylii był plac istny plac budowy!), a nigdzie nie było znaków informujących o objazdach. Droga, która normalnie pokonywana jest w 10 minut, trwała godzinę. Można było również pomarzyć o miłych stewardach, którzy z uśmiechem na twarzy wskażą drogę. Przed wyjazdem słyszałem, że Francuzi nie rozmawiają po angielsku, ale nie spodziewałem, że będę miał aż tak duże problemy. Powiem więcej - byłem przekonany, że osoby pracujące przy Euro będą posługiwały się angielskim, chociaż na poziomie komunikatywnym. Nic z tych rzeczy. Najśmieszniejsze jest to, że kiedy powiedziałem pojedyncze słowo po francusku, słyszałem płynną, długą i wyczerpującą odpowiedź. Jakby mój interlokutor spodziewał się, że nagle olśni mnie i zrozumiem wszystko, co mówi.

Przy okazji komunikacji, chciałbym rozwiać mit świetnych kolei francuskich. Kiedy kilka miesięcy temu słyszałem TGV myślałem: super szybki i nowoczesny pociąg. Rzeczywistość nie była jednak tak kolorowa. Podróż z La Baule do Marsylii (1100 kilometrów) zajęła sześć godzin i kosztowała około 200 euro. Piszę to wszystko, dlatego że choć sam nie jestem wielkim fanem PKP, to wieszanie psów na Pendolino w tym kontekście trzeba potraktować jak czepialstwo. W niektórych pociągach w Polsce jest przynajmniej internet i częstują kawą. We Francji kawa jest... za 3 euro w wagonie restauracyjnym.

Aby było jasne - nie pojechałem tam na wakacje, aby pozwiedzać . Nie zgrywam również "urażonego redaktora", który lubi wytykać błędy. Praca była bardzo ciężka, niekiedy 20 godzin na dobę (bywało, że pół nocy staliśmy pod hotelem reprezentacji w La Baule, kiedy piłkarze wracali z Paryża po meczu z Niemcami). Gdyby nie centrum prasowe, które przygotował nam PZPN praca byłaby dziesięć razy trudniejsza. Był stały dostęp do internetu (czego nie było w bazie Szwajcarów), około 120 stanowisk do pracy, studia telewizyjne, sala konferencyjna i część cateringowa.

Nie jestem frankofobem. Francja to piękny kraj, pełen malowniczych zakątków, z piękną sztuką, muzyką, kinem. Piszę to wszystko dlatego, ponieważ doskonale pamiętam klimat przed Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Wtedy wszyscy zadawali sobie pytania "czy zdążymy". Rozkopaną Warszawę, gdzie budowano drugą linię metra starano się przedstawić jako coś kompromitującego. Sol Campbell przestrzegał, że kibice jadący na polsko-ukraiński turniej mogą wrócić w trumnie. Zrobiliśmy kapitalne, kolorowe mistrzostwa. Cztery lata temu po polskich ulicach chodzili uśmiechnięci ludzie, którzy chętnie pomagali kibicom, a obserwatorzy piali z zachwytu nad organizatorami i marzyli, aby takie turnieje były za każdym razem. Pamiętam jak na ulicach Warszawy stały posążki syrenek udekorowane w barwy uczestników turnieju, a nad stadionem w Gdańsku była olbrzymia piłka, na której każdy mógł się podpisać (ta piłka jest zresztą po dziś dzień). Zależało nam, aby zorganizować wielki turniej, gdzie każdy będzie się dobrze czuł i zarazem świetnie bawił.

Francja zrobiła nam wszystkim łaskę, że cokolwiek zrobiła.