Gdyby Barcelona nie istniała, musielibyśmy ją wymyślić - powiedział kiedyś prezes Realu Florentino Pérez. Gdy jego słowa powtórzono ówczesnemu szefowi Katalończyków Joanowi Laporcie, ten tak samo powiedział o ekipie z Madrytu. Dziś te dwie wielkie drużyny staną naprzeciw siebie po raz 263. Początek o 20.30.

Piłkarze FC Barcelony podczas treningu (L) i piłkarze Realu Madryt podczas treningu (R) /QUIQUE GARCIA i EMILIO NARANJO /PAP/EPA

Rywalizacja "Dumy Katalonii" z "Królewskimi" jest uwielbiana przez piłkarskich romantyków - ludzi, którzy w futbolu chcą widzieć często coś więcej niż dziewięćdziesięciominutowy mecz. Tacy fani rozpisują się na tematy historyczne, rozpamiętują niezapomniane akcje i przekonują, że niektóre gole wywierają wielkie piętno w historii świata. Dziś tego typu komentarze mogą się wydawać śmiesznie, bo koniec końców kibice będą zachwyceni (albo zawiedzeni) poziomem czysto piłkarskim. Na kilkanaście godzin przed meczem oderwijmy się jednak od ziemi i dajmy się ponieść rywalizacji katalońsko-kastylijskiej.

Sport to sfera, która jest niedoceniana pod względem bycia zjawiskiem kulturowym i historycznym. Często mówimy, że nie powinno się mieszać sportu i polityki - jest to o tyle trudne, ponieważ sport i polityka zderzają się i nachodzą na siebie przy każdej nadarzającej okazji. Jednak nigdzie związki między polityką a sportem, nie są tak widoczne jak w hiszpańskim futbolu. W 1997 roku, sir Bobby Robson, który był ówczesnym trenerem Barcelony powiedział: Podróżowałem po całym świecie, wiedziałem najróżniejsze rywalizację sportowe, ale ta pomiędzy Barceloną a Realem Madryt jest szczególna. A wiecie dlaczego? Bo to są dwa oddzielne państwa. Dwa państwa rozumiecie? To nie jest po prostu Real Madryt przeciwko FC Barcelonie, to Kastylia przeciw Katalonii. W przeszłości toczyli wojny za pomocą prawdziwych armii i prawdziwych żołnierzy. Teraz to my walczymy za nich. Nasza drużyna jest armią Katalonii. To nasza piechota, nasze lotnictwo, nasza marynarka. Jestem brytyjskim generałem na czele oddziałów katalońskich. Powszechnie uważa się, że każdy region w Hiszpanii, jest reprezentowany na arenach sportowych przez konkretny klub piłkarski. Jest to w pewnym rodzaju ewenement na skalę całej Europy. Niektórzy zaprotestują mówiąc, że podobnie jest w Niemczech, Anglii czy w Szkocji. Jednak żadne z tych państw nie mają aż tak fragmentarycznego charakteru, z rozmaitymi różnicami regionalnymi i kulturalnymi - a te odegrały kluczową rolę w społecznych i politycznych problemach, z którymi borykała się Hiszpania. Wieczorem naprzeciw siebie staną kluby ściśle związane z Kastylią i Katalonią. Regionami, które "drą ze sobą koty" od początku XX wieku. Najlepiej to było widać podczas finału mistrzostw świata w 2010 roku - Hiszpania grała z Holandią na johannesburskim stadionie Soccer City. Przed spotkaniem, cały holenderski zespół stał spokojnie i uważnie słuchał hymnu państwowego - pieśni o Wilhelmie z Nassau. Następnie zabrzmiał La Marcha Real - Królewski Marsz. Kiedy realizator pokazywał poszczególnych piłkarzy "La Furia Roja" jasno uwidoczniła się pewna dychotomia między piłkarzami, którzy na co dzień grają w Barcelonie i Madrycie. Carles Puyol (kapitan Barçy i reprezentacji Hiszpanii) stał beznamiętnie, a jego klubowy kolega - Xavi - miał kamienną twarz i kołysał się na boki. Natomiast Sergio Ramos z Realu Madryt miał głowę odchyloną do tyłu i był wyraźnie wzruszony. Sytuacja ta dobitnie pokazała, jak wykonanie hymnu może ukazać pewne różnice w pojmowaniu tożsamości narodowej.

Świat piłki nożnej i polityki najbardziej zatarł się w czasie hiszpańskiej wojny domowej (1936-1939), w czasie której zginęło wielu działaczy obu klubów. Wydarzenia z lat 30’ bardzo wyraźnie odcisnęły swoje piętno na kartach historii "Dumy Katalonii". Najlepiej to widać w klubowym muzeum. Muzea wszystkich wielkich klubów wyglądają niemal identycznie - są trofea, koszulki i plakaty sławnych meczów. To w Barcelonie różni się klimatem. Prócz "oczywistych eksponatów" jak buty, dokumenty, czy zdjęcia słynnych sportowców, jest też pomieszczenie opisujące całą martyrologiczną historię klubu i całego regionu. Kluczowym momentem było zbombardowanie 1938 roku stadiony FC Barcelony i zamordowanie przez Falangę Josepa Sunyola, prezesa Barcelony, uważanego dziś za męczennika, ale też polityka pro niepodległościowej partii.

Po wojnie najszybciej sportowo, podniósł się zespół z Madrytu, dzięki wstawiennictwu "największego fana" - generała Franco. Generał nie szczędził państwowych funduszy na rzecz klubu. To za jego wstawiennictwem, do Realu przybyły takie nazwiska jak Alfredo di Stefano - najwybitniejszy zawodnik w historii argentyńskiej piłki, czy Ferenc Puskas -najlepszy strzelec XX wieku. Dzięki takiemy wstawiennictwu Real nie miał sobie równych w Europie. Pięć razy z rzędu sięgnął po Puchar Europy - nikt w historii nawet nie zbliżył się do takiego osiągnięcia.

Związek między władzą a klubem był bardzo widoczny. W 1955 roku przywódca wręczył piłkarzom i działaczom Order Imperialny Jarzma i Strzał za triumf w Pucharze Łacińskim. Co ciekawe, FC Barcelona która zdobywała Puchar Łaciński dwukrotnie (w 1949 i 1952 roku) nie doznała tego typu honorów.

Tę rywalizację i nienawiść między klubami potęgowały jeszcze massmedia, które (po dziś dzień) są podzielone na te kibicujące Realowi i FC Barcelonie (oczywiście w czasach reżimu generała Franco, tych drugich nie było) i skandale sędziowskie, które nie od dziś potrafią być mitem założycielskim w rywalizacji między klubami.

W historii starć Barcelony z Realem Madryt do legendy przeszły dwa mecze: "Skandal na Chamartin" i "Karny Gurucety".

"Skandal..." wydarzył się w 1943 roku podczas półfinału Pucharu Generała. W pierwszym spotkaniu rozegranym na Les Corts (pierwszy stadion FC Barcelony) ekipa "Blaugrana" wygrała pewnie 3:0, a na trybunach po raz pierwszy można było usłyszeć gwizdy przeciwko dyktaturze. Gazety podżegały do antykatalońskich nastrojów przed rewanżowym meczem na Chamartin - stadionie Realu Madryt. Oliwy do ognia przeciwko graczom z Katalonii dolał sam klub z Madrytu ,który do każdego biletu na mecz rewanżowy dołączał gwizdek. Kibice musieli go użyć za każdym razem, gdy któryś z piłkarzy z Barcelony był przy piłce. To co jednak stało się przed meczem nie miało najmniejszego związku z rywalizacją sportową. Pierwsza wersja mówi, że do szatni "Dumy Katalonii" wszedł dyrektor biura bezpieczeństwa państwowego José Finat y Escrivá de Romaní i powiedział do piłkarzy: Nie zapominajcie, że część z was gra w piłkę tylko dzięki wspaniałomyślności reżimu, który wybaczył wam wasz brak patriotyzmu. Część graczy ogarnął strach, ponieważ odczytali te słowa jako "musicie przegrać mecz, bo inaczej spotkają was konkretne konsekwencje" . Inni opowiadają, że jedynie padła prośba, aby nie zbliżać się do kibiców, bo atmosfera jest już gorąco i wszystko może się wymknąć spod kontroli . Kolejni stwierdzają, że... nic nie widzieli i nic nie słyszeli. Niestety wszyscy zawodnicy, którzy wówczas bronili barw FC Barcelona nie żyją i nie da się rozwiać wątpliwości. Jedyne istniejące świadectwa to późniejsze wypowiedzi i kroniki sportowe. Warto jednak pamiętać, że wszelkie tego typu publikacje podlegały cenzurze. FC Barcelona przegrała tamto spotkanie 1:11. Do dziś wielu kibiców Realu Madryt opisuje ten mecz jako najbardziej przekonywujące zwycięstwo w historii klubu, a zdaniem fanów "Blaugrana" to co się wydarzyło w 1943 roku na Chamartin nie miało nic wspólnego ze sportem. Jedno jest pewne: od tamtej pory zmagania sportowe przechodzą na inny wymiar. FC Barcelona przejmuje funkcję reprezentanta ciemiężonego społeczeństwa, a Real jest kojarzony z elitą władzy.

Barça winę za kiepskie wyniki najczęściej zrzucała na tendencyjnych zwierzchników a popularnością cieszyło się twierdzenie, że sędziowie dostają specjalne instrukcje od reżimowych oficjeli sportowych, którzy działali przeciwko klubowi "Dumie Katalonii". Tego typu zarzuty są trudne do udowodnienia z obiektywnego punktu widzenia. Z jednej strony jest w tym dużo przesady ponieważ było wiele meczów, gdzie sędziowie gwizdali na korzyść FC Barcelona, ale nie da się ukryć, że w systemie takim jak frankistowski panowała mentalność oparta na hierarchii i korupcji.

Przełomowym momentem w historii FC Barcelona była decyzja arbitra Emilio Carlosa Gurucety z 6 czerwca 1970 roku. Sędziował on spotkanie rewanżowe finału Pucharu Generała, pomiędzy FC Barcelona i Realem Madryt. W pierwszym meczu drużyna z Madrytu wygrała 2:0, gdzie sędzia uznał gola strzelonego po ewidentnym spalonym (nawet zawodnicy Realu byli zaskoczeni takim obrotem spraw). To jeszcze bardziej podgrzało atmosferę przed rewanżem na Camp Nou. Mecz na stadionie w Barcelonie oglądało wówczas 100 tysięcy widzów. Po dość niepewnym początku spotkania, Barça strzeliła gola tuż przed końcem pierwszej połowy. W 62 minucie drugiej części gry klub z Katalonii miał szansę na podwyższenie wyniku, gdy nagle 28-letni Guruceta przyznaje rzut karny dla przyjezdnych. Arbiter popełnił ewidentny błąd, ponieważ faulu w ogóle na było, a poza tym zawodnik Realu przewrócił się dwa metry przed polem karnym.

Mimo wielu protestów sędzia nie zmienił decyzji i złość wzięła górę. Sto tysięcy kibiców chwyciło za podkładki pod siedzenia i rzuciło je na murawę. Emocje przeniosły się również na piłkarzy, którzy postanowili zejść z boiska. Kapitan "Blaugrana" - Eladio Silvestre - ironicznie bił brawo sędziemu i krzyczał "Jesteś popychadłem Madrytu, czy ty nie masz żadnego wstydu" - został za to wyrzucony z boiska . Tego wieczora ludzie byli tak sfrustrowani, że bez baczenia na konsekwencje wyciągnęli zakazane flagi Katalonii i krzyczeli pod prezydencką trybuną "Barça! Barça, Barça!". Zdaniem historyków, był to pierwszy prawdziwy wyraz frustracji od początku ery Franco.

Ale El Clasico to przede wszystkim piłkarze. Alfredo di Stefano, Ferenc Puskás, László Kubala, Diego Maradona, a w najnowszych czasach David Beckham, Claude Makélélé, Roberto Carlos, Rivaldo, Ronaldinho, czy wreszcie Lionel Messi i Cristiano Ronaldo.

Dziś wieczorem uczczona zostanie pamięć Johana Cruyffa - byłego piłkarza i trenera "Dumy Katalonii", który na zawsze odmienił obliczę drużyny. Jako piłkarz doprowadził doprowadził do największych sukcesów Barcy w latach 70 i 80., a jako trener po raz pierwszy w historii klubu wywalczył w 1992 roku puchar Ligi Mistrzów. Trzeba w tym miejscu jednak napisać, że zawodnik szybko zdobył serca kibiców mówiąc publicznie, że nie mógłby zagrać w Realu Madryt, klubie związanym z Franco.

Historia rywalizacji FC Barcelony z Relem Madryt nie jest już na szczęście tak dramatyczna jak w latach 30., ale to nie znaczy że nie wyzbyła się z jakichkolwiek podtekstów. Przed każdym meczem padają mocne, niekiedy nieparlamentarne słowa. Kibice do dziś pamiętają transfer Louisa Figo z Barcelony do Realu i jego pierwszy mecz na Camp Nou (w stronę Portugalczyka poleciały wszystko możliwe przedmioty. Od telefonów komórkowych zaczynając, a na głowie świni kończąc). Przed dzisiejszym meczem media przypominają mecz z przed trzynastu lat, kiedy skoczyli sobie do gardeł Zinedine Zidane i Luis Enrique, czyli obecni trenerzy Realu i Barcelony.

Zresztą chyba Luis Enrique chyba najlepiej opisał burzliwą historię El Clasico: Barca i Real to odwieczni przeciwnicy, których celem jest noszenie głowy wyżej niż rywal. Ale tak naprawdę oba kluby bardzo siebie potrzebują, bo futbol to sport, który nie może istnieć bez pasji. A czy jest coś bardziej wywołującego pasję niż mecze Barcelony z Realem?