Z którejkolwiek strony by zacząć, będzie źle. Komitet Noblowski w Oslo nie po raz pierwszy zaskoczył świat, po raz pierwszy chyba zaskoczył aż tak bardzo. Mam też wrażenie, że zawstydził wiele osób, które wciąż naiwnie wierzyły w prestiż tej nagrody i to, że decyzje Norwegów, pomagają zmieniać świat na lepsze.

Dwa lata temu Komitet Noblowski nagrodził Ala Gora za to, że ostrzegał przed zmianami klimatu. Teraz wyróżniono Baracka Obamę za to, że... zmienił klimat. Panowie, zdecydujcie się na coś...

Ale żarty na bok. Komitet Noblowski przyznał kolejną całkowicie polityczną nagrodę, która tak naprawdę ma stanowić poparcie dla pewnej wizji świata i rzeczywistości. Norwegowie tak bardzo przebierali nogami, by uhonorować prezydenta USA za to tylko, że został prezydentem USA, że nie mogli poczekać nawet do zakończenia jego pierwszej kadencji i choćby jednego rzeczywistego - a nie tylko zapowiadanego - sukcesu. To ośmiesza tę nagrodę. Co powiedzieć o dziesiątkach jej laureatów, którzy za swe przekonania i walkę o pokój płacili więzieniem i prześladowaniami. Sami pamiętamy jak wielkie znaczenie miała dla nas nagroda przyznana Lechowi Wałęsie. Mówiąc nieco górnolotnie, jakiś ciemiężony naród mógł przeżyć dziś chwilę radości i nadziei. Nie przeżył. Norwegowie kolejny raz nie skorzystali z okazji, by coś dobrego dla światowego pokoju uczynić...

Z Bogdanem Zalewskim czujemy, że nas... zamurowało.

W porannym programie, kiedy dyskutowaliśmy o możliwych kandydaturach, miałem ochotę zakończyć uwagą, że Nobel może oczywiście powędrować do Obamy za rezygnację z tarczy antyrakietowej. W ostatniej chwili zrezygnowałem, bo wydało mi się niezręcznością dowcipkować z tak poważnych spraw. Jak widać, Komitet Noblowski takich wątpliwości nie miał...

Z Małgorzatą Steckiewicz i Tomaszem Staniszewskim o - jak się potem okazało - zupełnie bezsensownych kandydaturach.

Paradoksalnie, nagroda nie pomoże w niczym samemu Barackowi Obamie. W samych Stanach Zjednoczonych, wśród przeciwników prezydenta ten werdykt umocni opinię, że nadmuchany balon międzynarodowej popularności Obamy nie ma absolutnie nic wspólnego z jego rzeczywistymi osiągnięciami. Przywódcy krajów, których interesy znacznie się z interesami USA rozmijają, otrzymali zaś doskonały oręż do propagandowych potyczek z "pokojowym laureatem". Amerykanie już wiedzą, że mają prezydenta, którego w świecie niemal wszyscy lubią, ale nikt się nie boi. Czy trzeba im to takimi nagrodami jeszcze przypominać? Można odnieść wrażenie, że nadgorliwość Komitetu Noblowskiego troche wiąże Barakowi Obamie ręce. Ale, nie miejmy wątpliwości... tylko trochę.

PS: Przeczytałem parę opinii o tym, że Obamę wyróżniono za pozbawiony nienawiści styl uprawiania polityki. Przykro mi, ale taka opinia oznacza, że autor/-ka nie ma bladego pojęcia o tym, jak bezwzględna walka polityczna doprowadziła do wyboru Obamy na prezydenta i jak wygląda w tej chwili życie polityczne USA. To tylko kolejny dowód na to, że dla niektórych pozory są jednak znacznie ważniejsze, niż fakty...

PS2: Mamy już pierwsze reakcje Moskwy na starania Laureata w dziedzinie nuklearnego rozbrojenia. Sekretarz Stanu USA Hillary Clinton nie zakończyła jeszcze wizyty w Rosji, a już Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaj Patruszew zapowiedział, że nowa doktryna wojenna Rosji będzie dopuszczała prewencyjne użycie broni jądrowej, w tym w wojnie regionalnej lub nawet lokalnej...