Za niespełna tydzień wszystko może być jasne (choć nie musi, pamietajmy wybory sprzed 8 lat). Amerykanie wybiorą swego 44-go prezydenta. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z sondażami, Demokraci zdobędą Biały Dom i będą mieli powody do świętowania. Chyba, że pójdzie... inaczej. No właśnie. Czy Republikanie mają jeszcze jakąkolwiek szansę? Czy wystapi "efekt Bradleya", czy... wręcz przeciwnie. Czy wreszcie ewentualne zwyciestwo Demokratów bedzie oznaczało ich długotrwałą dominację na amerykańskiej scenie politycznej?

Na zdrowy rozum Republikanie nie powinni liczyć już na nic. Po ośmiu latach rządów niepopularnego George'a W. Busha, w obliczu najwiekszego kryzysu finansowego od blisko 80-ciu lat, Barack Obama powinien wygrać wybory z rękami w kieszeniach. Przekonanie, że "tak dalej być nie może" towarzyszy już nie tylko liberałom, ale i konserwatystom. Czemu więc McCain jeszcze nie powiewa białą flagą? Niewielka różnica w sondażach jest jedną z niespodzianek finiszu kampanii. Różnica na poziomie 2-ch, 3-ch procent w skali kraju nie jest żadną różnicą i nie można na jej podstawie praktycznie niczego przesądzić.

Ciekawsze wnioski przynosi analiza sondaży w poszczególnych stanach. I tu wieści dla McCaina nie są optymistyczne. Dla nikogo nie ulega wątpliwości, że jeśli senator z Arizony przegra na przykład Wirginię, Północną Karolinę lub Florydę, prezydentem nie zostanie. Żaden Demokrata nie wygrał w Wirginii od czasów Lyndona Johnsona w 1964 roku. Teraz Obama ma tam kilkuprocentową przewagę, która jednak w ciągu ostatnich dwóch tygodni zmniejszyła się o połowę. W Północnej Karolinie, gdzie Demokrata nie wygrał w wyborach prezydenckich od czasów Jimmy'ego Cartera w 1976 roku, obaj kadydaci idą łeb w łeb. Na Florydzie Republikanie wygrali osiem z dziesięciu ostatnich prezydenckich potyczek (najsłynniejszą o włos w 2000 roku). Teraz McCain traci tam do Obamy parę punktów. Wszystko to sprawia, że w przyszłą środę o 2-giej w nocy polskiego czasu, kiedy pojawią się wyniki sondaży wyborczych ze stanów wschodniego wybrzeża USA (choć nie Florydy), wszystko może być jasne.

Tu pojawia się pytanie o to, jakie znaczenie bedzie miał kolor skóry Obamy. Chętnie przypomina się tak zwany efekt Bradleya. W 1982 roku Tom Bradley, czarnoskóry kandydat na gubernatora Kalifornii, mimo znaczącego prowadzenia w sondażach przegrał, bo w samym głosowaniu ujawniły się rasowe uprzedzenia wyborców.

Podobny efekt pojawił się w 1989 roku, kiedy czarnoskóry Doug Wilder został co prawda wybrany gubernatorem Wirginii, ale jego wynik był znacznie gorszy niż przewidywały sondaże. Tygodnik "New Scientist" zwraca jednak uwagę na wyniki badań i analiz naukowych, które stawiają jednak hipotezę, że teraz efekt Bradleya może się... odwrócić. Rozmawialismy na ten temat z Bogdanem Zalewskim w faktach RMF FM...

Czy kolor skóry pomoże Obamie w wyborach?

Chodzi na przykład o to, że w stanach Południa, gdzie wciąż jeszcze nie zanikła pamięc o czasach niewolnictwa, wyborcy - czarni i biali - mogą odczwać presję, by w sondażach opowiadać się jednak za białym kandydatem. W głosowaniu może być już inaczej. Potwierdza to, przeprowadzona przez badaczy z Uniwersytetu stanu Washington w Seattle, analiza wyników rywalizacji Hillary Clinton z Obamą w prawyborach. Nie koniec na tym. Jak zauważają analitycy Pew Research Center, większość biur badania opinii publicznej korzysta z automatycznych systemów telefonicznych, które nie mogą dzwonić na komórki. Ponieważ około 20 procent wyborców, głównie młodych i w związku z tym sprzyjających Demokratom nie ma już poza komórkowymi normalnych telefonów, ich głos, niewidoczny w sondażach, może przechylić szalę na korzyść Obamy...

Miałem okazję rozmawiać ostatnio z Davidem Iversonem, doradcą krajowej telewizji publicznej w USA na temat wyborów. Interesująca jest jego opinia na temat możliwej pojedynczej kadencji najbliższego prezydenta USA. Zdaniem Iversona, sytuacja ekonomiczna USA jest tak trudna, że cztery lata mogą nie wystarczyć, by mogła nastapić znacząca poprawa. Jesli tak będzie, prezydent wybierany w przyszły wtorek może nie mieć szans na wybór za cztery lata. Zapraszam do wysłuchania całej rozmowy:

Iverson: Debaty nie miały w tym roku znaczenia.

Iverson: Nie jest pewne, czy Amerykanie zechcą przekazać Demokratom całą władzę w Waszyngtonie.

Iverson: Możliwość wyboru przez nowego prezydenta aż dwóch członków Sądu Najwyższego jest w tej kampanii istotna, ale nie decydująca.

Iverson: Media ostatnio sprawują się lepiej, niż jeszcze kilka miesięcy temu.

Iverson: Zmiany pokoleniowe sprawiają, że Demokraci mają szanse na dłuższe zasiadanie w Białym Domu, ale jak wiele razy w przeszłości, to także się zmieni...

CDN...