Ktoś kiedyś musiał sprawdzić na czym polega ta magia kina, to, że filmy przeżywamy, pamiętamy, niektórych się boimy. Neurolodzy z Uniwersytetu Nowego Yorku odkryli, że niektóre z filmów mogą nas tak bardzo zainteresować, że przejmują niemal kontrolę nad znaczącą częścią aktywności naszego mózgu...

Wszystko dzięki aparaturze do tak zwanego funkcjonalnego Magnetycznego Rezonansu Jądrowego. Pozwala ona bezinwazyjnie badać aktywność różnych rejonów mózgu. Metoda pozwala badać przepływ krwi i na tej podstawie ocenić, gdzie ta aktywność jest największą. Badanym pokazywano fragmenty czterech różnych filmów, jednego z odcinków serii Alfred Hitchcock przedstawia, westernu Sergio Leone "Dobry, Zły i Brzydki", odcinka współczesnej komedii autora serialu Seinfeld, wreszcie obojętnego filmu pokazującego plac Waszyngtona w Nowym Yorku.

Najbardziej wciągający okazał się (co nie jest zaskoczeniem) Hitchcock... Oglądanie jego filmu angażowało u badanych średnio 65 procent rejonu kory mózgowej, odpowiedzialnego za przyswajanie i rozumienie informacji. W przypadku Leone było to 45 procent, współczesnego - całkiem dobrego serialu - 18 procent, wreszcie rejestracji ruchu ulicznego, poniżej pięciu procent... Jak Hitchcock to wiedział, pozostaje jego tajemnicą... Ta metoda może się teraz oczywiście przydać do bardziej umiejętnego badania gustów publiczności i - co za tym idzie - kontrolowania jej emocji. Czyżby nadchodziła era naukowego tworzenia filmów? Oby nie....

Z Ewą Stanek angażujemy się chwilami aż za bardzo.