Fenomenalny sukces Agnieszki Radwańskiej na kortach Singapuru powinien być dla nas nie tylko powodem do dumy i radości, ale i okazją do pewnych przemyśleń. Przemyśleń dotyczących tego, w jaki sposób trzeba walczyć o swoje i wykorzystywać szanse, które się przed nami otwierają. Przed panną Agnieszką otworzyły się pewne szanse i ona potrafiła tym razem, być może po raz pierwszy, nie wypuścić ich z rąk. Przed nami też otwierają się pewne nowe możliwości, spróbujmy i my ich nie zmarnować.

Agnieszka Radwańska /PAP/Paweł Supernak /PAP

Jeśli ktoś uważnie obserwował grę Agnieszki Radwańskiej w trzech ostatnich wygranych meczach WTA Finals, mógł zauważyć coś, czego naszej najlepszej tenisistce często brakowało. To coś z angielska nazwałbym "sense of urgency", poczuciem, że sprawa jest naprawdę pilna. Wybitni znawcy tenisa niejedno powiedzieli już na temat jej zjawiskowych umiejętności technicznych, niejednokrotnie też podkreślali, że do osiągnięcia najwyższych szczytów potrzeba jej być może więcej siły. Panna Agnieszka pokazała, że owszem potrafi wejść na szczyt dzięki większej sile... woli.

Być może się mylę, ale mam silne wrażenie, że naszej najlepszej tenisistce wielokrotnie stawało na przeszkodzie przekonanie, że jeśli nie uda się teraz, to może uda się następnym razem. Młoda, piekielnie utalentowana, mogła liczyć, że Serena Williams w końcu kiedyś zakończy karierę i wtedy o największe zaszczyty będzie po prostu łatwiej. Tym co mogło tę układankę zmienić - i jak się wydaje właśnie w tym roku zmieniło - był nagły wysyp młodych tenisistek, które grając bardziej siłowo zaczęły Radwańską niemal seriami ogrywać.

W meczach z Halep, Muguruzą i Kvitową nagle zobaczyliśmy Radwańską, która wie, że kolejnej szansy może już nie być, nie krzywi się, nie rzuca rakietą, nie odpuszcza, ale gra tak, żeby wygrać. Nie wiem, czy po tym sukcesie, w kolejnym sezonie "sense of urgency" pozostanie takie samo, jeśli tak, Agnieszka Radwańska będzie potrafiła wygrywać z każdym. Nie zawsze oczywiście, ale z każdym.

My Polacy - jestem o tym głęboko przekonany - też bardzo wiele potrafimy. Jesteśmy dzielni, pracowici, inteligentni, honorowi, romantyczni i zdolni do walki do upadłego. Coś takiego działo się z nami jednak przez te wszystkie lata odzyskanej wolności, że nie potrafiliśmy tych zdolności w pełni wykorzystać. Tak jakby wydawało nam się, że może jeszcze nie czas, że są inne ważne sprawy, którym można się zająć, że zawsze czegoś nam brakuje. I tak, owszem, zdecydowanie zbyt uważnie słuchaliśmy "komentatorów i doradców" wskazujących, gdzie jest nasze miejsce, jakie są nasze słabości i czemu powinniśmy skorzystać z okazji, by siedzieć cicho.

Jest szansa, że to się zmieni. Aktywni, biorący udział w wyborach obywatele zdecydowali, że chcą, żeby było inaczej. I dopięli swego. Skład parlamentu będzie inny, kto inny będzie sprawował rządy. Polityka w myśl hasła "nie da się" ma się zmienić. Czy to oznacza rozwój już bez zaciągniętego hamulca ręcznego? Zobaczymy. Ale to dobra okazja by sobie samemu uświadomić, że mamy prawo tu w kraju, ale i na arenie międzynarodowej osiągać więcej, niż do tej pory.

Kolejne kryzysy pokazują, że biurokracja Unii Europejskiej nie radzi sobie z prawdziwymi problemami, że narzucana nam, coraz bardziej skręcająca na lewo ideologia wyprania naszego życia z uniwersalnych wartości, wiedzie na manowce. Nie widzę powodów, dla których właśnie my nie mielibyśmy przypomnieć Europie, że można inaczej. Ale nie zwlekajmy, bo to może być już ostatnia szansa. Dla Europy także.