Kiedy myślę o komedii romantycznej, mam przed oczami tylko jedną sytuację: zbliża się jakaś rocznica, może dziesięciolecie wspólnego życia, jakieś urodziny albo sukces w pracy. Kobieta pragnie uczcić to lub tamto, namawia więc swojego partnera na wyjście do kina. W ostatnim momencie okazuje się jednak, że pani ma ochotę obejrzeć komedię romantyczną, co... prowadzi do nieuchronnej katastrofy w związku.

Nikt oczywiście nie mówi, że komedie romantyczne przeznaczone są wyłącznie dla kobiet, ale nie znam chyba żadnego faceta, który przyznałby, że lubi ten gatunek. Co więcej: może jeszcze mało w życiu widziałem, ale chyba nawet same kobiety nie potrafią się śmiać na romansidłach, uważając je za wypełniającą nudę krótką przyjemność. To kino jest na pozycji straconej samo w sobie. Teoretycznie nie ma prawa podobać się nikomu. Ale... tylko teoretycznie.

Na początek należy obalić stereotypy: panowie nie oglądają komedii romantycznych dla pięknych kobiet. Te pojawiają się przecież w gangsterskich filmach, zresztą - od słodkich, naiwnych laleczek, mężczyźni wolą kobiety-zabijaki, taką Larę Croft powiedzmy, ewentualnie Catwoman w ostateczności. Poza tym - faceci nie lubią przyznawać się do ronienia łez, bo przecież rzadko płaczą, toteż "Pamiętnik" czy "Powiedz tak", ani żadna Bridget Jones nie sprowokują nas do płakania.

Druga sprawa, że komedie romantyczne z natury pozbawione są drugiego dna. Kto je odkryje w takich niepoważnych historiach jak "Miłość na wybiegu", "Sposób na blondynkę" czy "Zatańcz ze mną", temu pół królestwa jeszcze dziś. Są przegrane, po prostu, z natury nie mają prawa bić rekordów oglądalności, ich scenariusze nie są w stanie sprawić, by postawiono je wśród ulubionych. Fenomen jednak istnieje - i co do tego nie można mieć wątpliwości.

"Amelia" - jeden z niewielu filmów, który absolutnie dostraja wyobrażenie o pięknej miłości i swą prostotą przekonuje widza do uzmysłowienia sobie, jak cudownym może być kochanie. Śliczny Paryż, urzekająca Audrey Tautou, zabawne dialogi - kwintesencja dobrej komedii romantycznej. Im głębiej sięgniemy, tym ciekawsze zresztą odnajdziemy - odnosi się bowiem wrażenie, że po 2000 roku (może poza "To właśnie miłość" z 2003) nie powstała już żadna interesująca opowieść o związkach i rozstawaniu się, o perypetiach w małżeństwie i poznawaniu drugiej połówki. Trzy często przywoływane klasyki powstały przecież w latach dziewięćdziesiątych: idąc kolejno - "Pretty Woman" (1990), "Cztery wesela i pogrzeb" (1994), wreszcie "Notting Hill" (1999)...

Ale można szukać jeszcze dalej. Genialne "Kiedy Harry poznał Sally" miało swoją premierę w lipcu 1989 roku. Jedenaście lat wcześniej John Travolta, płynący na fali popularności po "Gorączce sobotniej nocy", uwodził w romansidle "Grease". Uwodził zresztą nie mniej, niż Humphrey Bogart w "Sabrinie" z... 1954 roku! Minęło tyle lat z komediami romantycznymi, a my wciąż je oglądamy! Zaskoczeni? To jeszcze nie koniec: rok przed "Sabriną" Gregory Peck i Audrey Hepburn oczarowali widzów wzruszającym romansidłem "Rzymskie wakacje"!

To cofnijmy się jeszcze na chwilę do samego początku - starszej komedii romantycznej już nie znam. W 1923 roku Buster Keaton wyreżyserował obraz, w którym sam zagrał zresztą główną rolę: "Rozkosze gościnności". To historia miłości młodej pary, pochodzącej z dwóch znienawidzonych ze sobą rodów. Opowieść wzruszająca, ale też rozśmieszająca do łez. Zagrana po mistrzowsku, nakręcona z wyczuciem. Płynąca prosto z serca, czym urzeka już dziewięćdziesiąt lat. Powiedzenie "im starsze, tym lepsze" nabiera zatem w przypadku komedii romantycznych dosłownego znaczenia, mając na względzie jeszcze ten fakt, iż "Rozkosze gościnności" są chyba pierwszym romansidłem, zrealizowanym swoją drogą jako... film niemy.

A teraz mamy XXI wiek. Same komedie romantyczne nie wystarczą, bo publiczność staje się coraz bardziej wymagająca. Dlatego właśnie sukces odnoszą te opowieści o zakochaniu, w które twórcy sprawnie wplatają ambitne wątki - motyw przenoszenia się w czasie w "O północy w Paryżu" Allena, "Przed północą" Linklatera jako historia zetknięcia ze sobą różnych kultur i wytykanie różnic pokoleniowych. Już nikogo nie zwalają z nóg proste historyjki, teraz potrzeba trochę tragedii, czasem elementów historycznych albo kronik z gangsterskiego półświatka. Zwykłych komedii romantycznych nikt, a już w szczególności facet, po prostu nie kupi. Chyba, że... ktoś wreszcie zaangażuje do roli aniołki Victoria's Secret...

UWAGA KONKURS:

Przygotowaliśmy dla Was pytanie konkursowe! Oto ono: "Czy istnieją dobre komedie romantyczne?" Na odpowiedzi czekamy do wtorku, 29 października, do godziny 12:00, pod adresem redakcja@rmfon.pl. W tytule wiadomości wpiszcie: KONKURS FILMOWY.

 

Do wygrania DVD: film "Taka piękna katastrofa" (reż. Todd Berger, premiera dvd: 24.10.2013) - dystrybutor: Best Film.