Premiera tygodnia: "Makbet"

Piątek, 27 listopada 2015 (16:15)

Jeśli kondycja polskiego kina byłaby na takim poziomie, jak najnowsza produkcja Justina Kurzela, mielibyśmy okazję do świętowania w każdy piątek, z okazji kolejnych rodzimych premier. Nie mamy. A „Makbet” pogrąża nasze ostatnie filmowe dokonania bardzo dosadnie.

Jeśli sztandarową polską adaptacją literatury jest w ostatnich latach obraz "Śluby panieńskie", sflaczały i przewidywalny mimo pobudek postmodernistycznych, to faktycznie powinniśmy się dzisiaj zapaść pod ziemię oglądając "Makbeta". Do formy "Makbeta" bowiem nadwiślańscy twórcy jeszcze nie dorośli, a być może nie dorosną przez długie, długie lata. Dlaczego? Powodów jest kilka...

Po pierwsze: oszczędność. I nie chodzi o rolki filmowe, których - jak opowiadał przed latami Jerzy Hoffman - swego czasu było tak mało, że tylko cud sprawił, iż "Potop" w ogóle powstał. Kilka miesięcy temu miałem okazję uczestniczyć w rozmowie, w której jedną ze stron byli znawcy muzyki rozrywkowej. Zajęli oni wówczas stanowisko osób uznających wyższość muzyki zachodniej nad naszą krajową, uzasadniając swoje upodobania kluczem oszczędności, którym kierują się brytyjscy czy skandynawscy producenci muzyczni. Razem z rozmówcami mieliśmy okazję przyjrzeć się z bliska pracy zagranicznych gitarzystów i pianistów i ze zdumieniem orzekliśmy, że oto koledzy zza Odry (ba! zza Tamizy i Atlantyku także) nie boją się grać ciszą, pauzą. Że jeśli między pociągnięciami strun nastąpi przerwa, to nie wydarzy się nic złego, bo przecież cisza jest także częścią muzyki. Podobnie jak milczenie jest częścią kina, na litość boską.


Po drugie: kolor. Przez dziesięciolecia uważano, że kolor pełni swoją rolę w kinie, a my nad Wisłą po prostu uznaliśmy to za nieistotne oglądy. Powstała nawet teoria, uwieczniona w książce "Jeśli to fiolet, ktoś umrze", wedle której nadmierne operowanie jakąś barwą może wpłynąć na postrzeganie danego obrazu przez widzów. Oznacza to nie więcej, niż tyle, że jeśli na jedną scenę nałożymy różne filtry, to każdy z nich w jakiś odpowiedni sposób każe publiczności odczytywać emocje na odmienne sposoby. Do tej pory z ciepłymi filtrami w polskim kinie popularnym eksperymentował Borcuch w "Nieulotnym" i we "Wszystkim, co kocham", podobnie Szumowska w swoim "W imię". I tak w jednym, drugim czy trzecim, spróbowaliśmy dobić do zachodnich produkcji, ale barwa nie obroniła scenariusza. A gdzie scenariusz jest - a daleko nie trzeba szukać, bo spojrzeć wystarczy na hit polskich festiwali z przełomu poprzedniego i tego roku, "Kebab i horoskop" - tam barwa umiera, z ekranu bije zimno i jakaś taka polska, niestety nie melancholia, ale posucha. "Makbet" jest na przemian czerwony i pomarańczowy. O zgrozo, wśród polskich montażystów zapanowałby chaos i podejrzenia o prześwietloną kliszę.

Po trzecie: gra aktorska. Nagrody przychodzą przecież nie za nazwisko, czego przykładami najlepszymi są Lupita Nyong’o (ze "Zniewolonego") i Barkhad Abdi (z "Kapitana Phillipsa"). Musimy przyznać wreszcie, że z północy na południe i ze wschodu na zachód, ale wciąż w granicach Polski, mamy ledwie garstkę postaci teatralnych i filmowych, którzy warsztatem nie ośmieszyliby na przykład West Endu. Jeśli więc szczycimy się aktorami, to nie używajmy ich jako głównych figur szachowych. Odnieść można przecież wrażenie, że kiedy Ranzo Martinelli dotarł do Warszawy, by kręcić "Bitwę pod Wiedniem", ktoś powiedział mu: "weź Szyca, Olbrychskiego i Adamczyka: oni wszystko sprzedadzą". Nie, rzecz nie ma wyśmiewać narodowych dóbr. Ma tylko zmusić do szukania głębiej. Umówmy się, ten ostatni, kochany blondasek, który ładnie nam zrobił Papieża i Chopina, ten do tańca i do "Och Karol 2", to nie Tom Hanks, który wszystko obroni - a i od tego znajdą się już bardziej charakterystyczni.

Po ostatnie: patos. Wzniosły ton to nie dosłowny krzyk. To nie nawet obcinanie głów, jeśli mówimy o zabijaniu. To nie mówienie sobie "odchodzę", jeśli chcemy pokazać odchodzenie. Wzniosły ton to umiejętność zaprezentowania momentu przenośnią. Zastępowanie słów gestem. To nie próba wyciskania łez tandetnymi świecidełkami. Tania pyra nigdy nie będzie batatem, a tombak nie przewyższy wartością platyny. Niestety. Patos nie służy budowaniu napięcia, ale niszczy go bezpowrotnie, o czym zapomniał Skolimowski w niedawnych "11 minutach". Emocje nie muszą być kiczowate, jeśli są - patrz punkt pierwszy - przemyślane, a ich naładowanie nie przeładowuje sekwencji. Zresztą: śmierć Duncana w "Makbecie" Kurzela to jedno z najdoskonalszych wyrażeń strachu, zemsty, ulgi i niszczycielskiego rodzaju radości, jakie od dziesięcioleci zostało w światowej kinematografii zaprezentowane.

W "Makbecie" Kurzela wszystko to, czego w polskim kinie brakuje, jest. I odwrotnie: to, czego być nie powinno, bo u nas nad Wisłą z niewiadomych powodów jest, w "Makbecie" nie znalazło swojego miejsca. Fassbender gra jedną z ról życia, choć ma ich już na swoim koncie kilka, jeśli spojrzymy na jego dorobek od czasów "Fish Tank" i "Wstydu", przez "Zniewolonego", na niedawnym "Steve Jobsie" kończąc. Jack Reynor, tu jako szekspirowski Malcolm, wyrasta na bohatera kina niezależnego, bo wspięcie się w ciągu jednego roku z genialnego, acz mocno offowego "Glassland", po kasowe hity "Transformers" i dziś "Makbeta", to nie lada wyczyn. Wreszcie przerażająco doskonały Sean Harris (jako Makduff) i niepokojąco pasjonująca Marion Cotillard (Lady Makbet), doprawieni wybitnym trzymaniem w reżyserskich ryzach całości, bo przecież spójność obrazu i fach w ręku twórcy po prostu widać tu gołym okiem.

Moja partnerka zwykła mawiać, za co chylę czoła i pod czym podpisuję się obiema rękami, że po "Tronie we krwi" Kurosawy nie można się spodziewać lepszej adaptacji Szekspira, choć "Makbet" Kurzela wszedł na ten grząski grunt, na którym można ryzykować stwierdzeniem, że oto wyrósł godny następca elżbietańskiego teatru. Więcej: podczas niedawnego wywiadu Bryan Adams przypomniał mi słowa Neila Armstronga, według którego politycy powinni wylecieć w kosmos i z perspektywy przyjrzeć się pięknu świata. Dzisiaj dorzucę temu światu na zakręcie myśl, że "Makbet", Anno Domini 2015, to najlepszy - jaki mógł się nam w schamiałym XXI wieku przydarzyć - dowód na istnienie chorób psychicznych wynikających z żądzy władzy. Niech więc służy za przykład przez dziesięciolecia, bo osłabia doskonałością.

Ocena filmu: 8/10


Grzegorz Betlej. W RMF FM od kwietnia 2010 roku, a od ponad trzech lat w Redakcji Muzycznej RMF FM. Programuje stacje, tworzy serwisy muzyczne, przeprowadza wywiady z gwiazdami. Prywatnie: filmoznawca z krakowskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Artykuł pochodzi z kategorii: Grzegorz Betlej – felietony

Grzegorz Betlej