Zapomnijcie o wszystkim, co czytaliście w tym roku na temat polskiej muzyki. Nic nie dorównuje bowiem temu, co nadeszło. A nadeszło młode, piękne, wyjątkowe. Powrócił wokal, o którym – o mały włos – prawie zapomnieliśmy. Krzysztof Zalewski. Talent ponad talenty.

Czego najbardziej się boisz? Przeciętności lękam się w ch*j! - krzyczy Zalewski w "Jaśniej", singlu promującym wydawnictwo, otwierającym zresztą album "Zelig". Inaczej być nie mogło: przeciętności na krążku nie da się uświadczyć.

Pamiętam "Idola" sprzed wielu lat - Zalewski rozwalał publiczność, jurorów, współzawodników, artystów, których piosenki coverował. Dziewięć lat temu wydał - jako Zalef - krążek "Pistolet", chyba wyprzedzając polskie standardy, łącząc to, co na Zachodzie w ciężkiej muzyce było znane od pokoleń, z tym, co nad Wisłą dopiero mogło przetrzeć oczy fanom dobrego rocka. Płyta zachwyciła odbiorców genialnymi riffami, jednocześnie przytłaczając nad wyraz ambitnymi tekstami, których współautorką była zresztą Kasia Nosowska. Tamten projekt miał jednak szansę zdobyć ogromną popularność - gdyby nie polskie słowa utworów - na Wyspach, może w Stanach: jednak nie w Polsce.

Potem w życiu Zalewskiego wydarzyło się ogromnie dużo, niby go nie widzieliśmy, ale on działał prężnie, można zresztą rzec: działał torując sobie drogę do nagrania kolejnego wybitnego longplay’a. Po współpracy z dziesiątkami muzyków, w tym ze wspomnianą Nosowską podczas trasy promującej album Hey "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!", powrócił z "Zeligiem", fenomenalną płytą, do której być może - jak w przypadku "Pistoletu" - polscy słuchacze będą musieli jeszcze dojrzeć.

Trzydzieści lat temu Woody Allen stworzył film zatytułowany "Zelig", którego bohater upodabniał się do spotykanych ludzi w danym otoczeniu. "Zelig" Zalewskiego - niezależnie, czy nawiązuje do Allena, czy nie - ewidentnie ma z tamtym obrazem wiele wspólnego, jest jakby dziełem schizofrenika, z którym balibyśmy się wybrać na imprezę. Nie oznacza to jednak, że jest przerażająco: nowe wydawnictwo 29-letniego artysty jest niepokojące, ale przyciągające.

Trudno powiedzieć, do czego podobny jest ten krążek. Już na pewno nie do mocnego rocka, choć wyraźnie jest Zalewskiemu po drodze z tym rodzajem muzyki. Czuję chyba trochę, w niewielkich frazach, Bowiego ze "Space Oddity", choć trudno w ogóle porównywać nagrania z "Zeliga" do czegokolwiek. Wokalista zdecydowanie dojrzał, ma coś do powiedzenia, więc raz - tak jak dziewięć lat temu na "Pistolecie" - szepcze nam coś do ucha, innym razem wykrzykuje, jeszcze innym razem bawi się swoim głosem jak mało kto, skacze po dźwiękach z precyzją równą Urszuli Dudziak.

Jeszcze kilka lat temu wydawało nam się, że mieliśmy nad Wisłą świetnych poetów: nazywali się Coma, a ich wokalista - Piotr Rogucki - czarował tekstami, które wsadzić można było gdzieś pomiędzy Baczyńskiego, Barańczaka i Tuwima dla dorosłych. O Roguckim jednak, jakkolwiek skrajne emocje wzbudzał jeszcze w czasach "Pierwszego wyjścia z mroku", można zapomnieć, przy zestawieniu choćby "Spadam" czy "Leszka Żukowskiego" z kawałkami Zalewskiego: z numerem "Ry55" i z "Gatunkiem".

Poza rozpalającym, wspomnianym już utworem "Jaśniej", jest jeszcze perełka, na którą warto zwrócić uwagę: króciutkie, niespełna dwuminutowe nagranie "Folyn". Rozbrajające prawdziwością, energetyczne, choć spektakularnie smutne zarazem. A wszystko to podszyte jest jakimś tajemniczym, jazzującym bitem. "Folyn" jest zresztą - w moim przekonaniu - kwintesencją całego wydawnictwa. "Zelig" bowiem to wyjątkowe góry wokalne, płynąca prosto z serca chęć życia i wyrażania emocji: nieważne, czy krzykiem i złością, czy otulającym mruczeniem.

Ta płyta to chyba po prostu to, co Zalewski chciał nagrać, nie zważając na głosy wszystkich wokół. Jeśli o niektórych artystach można mówić, że dorastali latami do nagrania krążka - ten zdecydowanie dojrzał, na tyle, by przekazać swoje wartości na w całości autorskim albumie. Wciąż nie poszedłbym z nim na imprezę. Ale mogę przynajmniej słuchać w domowym zaciszu tego longplay’a, bo samo obcowanie z nim rozstraja emocjonalnie. Może kiedyś odnajdę w nim jakąś magiczną część, która wytłumaczy mi, czemu służą te wszystkie przenośne i brzmieniowe eksperymenty. Tymczasem pozostaje mi zaledwie rozkoszowanie się tymi nutami, nawet jeśli uznam, że nie do końca je rozumiem...